Jezioro_Lukowe-tragedia_dzieci

Z sowieckiego Archiwum X: „ściśle tajna” tragedia na jeziorze

By Dział: Historia Katastrofy W popularnych | 9 lipca 2016

Gdy niedawno w Karelii podczas burzy na jeziorze wywróciła się łódź i utonęło 14 dzieci rosyjskie media pisały, że to największa taka tragedia w historii kraju. Tymczasem w 1960 r. pod Moskwą doszło do zdarzenia o wiele bardziej przerażającego i tajemniczego. W jaki sposób 26 dzieci i dwoje dorosłych mogło w jednej chwili utonąć w maleńkim jeziorku zaledwie 20 m od brzegu w czasie pięknej pogody? Jaki związek miało to z tajną produkcją zbrojeniową?

Do dziś dostęp do jakichkolwiek dokumentów śledztwa w sprawie tej tragedii jest niemożliwy. Chociaż minęło już 56 lat nadal w archiwach rosyjskich służb oznaczone są gryfem „tajne specjalnego znaczenia”. Pozostają relacje nielicznych żyjących jeszcze świadków, którzy mówią o tym niechętnie. Czy widzieli coś, czego nie powinni?

W porównaniu z ogromnym Siamozierom w Karelii malutkie Jezioro Łukowoje w podmoskiewskim Rejonie Nogińskim wydaje się kroplą wody. Szerokość nigdzie nie przekracza 200 m, a w dodatku na samym środku jest duża wyspa, na której w czasach sowieckich działał obóz pionierski.

Co roku spędzały tu wakacje dzieci pracowników jednego z najpilniej strzeżonych zakładów ZSRR – pobliskiego kombinatu metalurgicznego realizującego zamówienia dla sektora jądrowego i zbrojeniowego w zamkniętym miasteczku Elektrostal.

Był czerwiec 1960 r. 29-osobowa grupa 10-letnich pionierów wracała z opiekunką z wycieczki do lasu. Od obozu dzieliło ich już tylko kilkaset metrów. Wystarczyło dojść do mostku łączącego brzeg z wyspą. Na pobliskiej przystani stał zacumowany katamaran złożony z dwóch połączonych ze sobą łodzi z silnikiem, a w nim obsługujący go mechanik.

Katamaran ten był na wyposażeniu obozu – dzieci codziennie pływały nim po jeziorze. Nauczycielka poprosiła więc mechanika, żeby dowiózł grupę na wyspę. Ponieważ była ładna pogoda, bez wiatru i nawet najmniejszych fal na jeziorze, mężczyzna zgodził się. Cała grupa wsiadła do łodzi i ruszyła w stronę wyspy.

Co stało się potem dokładnie nie wiadomo. Relacja kilkorga ocalałych dzieci i ludzi obserwujących zdarzenie z wyspy różnią się. Wiadomo tylko, że katamaran spokojnie przepłynął jezioro i znajdował się zaledwie 20 m od brzegu kiedy dosłownie w ciągu kilku sekund nastąpiła tragedia.

W pewnym momencie silnik łodzi zamilkł. Mechanik prawdopodobnie próbował go uruchomić, szarpiąc za linkę. Ta nagle pękła i mężczyzna z rozmachu uderzył ręką siedzącą obok dziewczynkę, córkę opiekunki. Dziecko wpadło do jeziora. Matka rzuciła się na ratunek i wskoczyła do wody.

Pozostałe dzieci z pierwszej łodzi zgromadziły się przy jednej burcie w wyniku czego łódź przechyliła się, nabrała wody i zaczęła tonąć, pociągając za sobą drugą łódź. Cała grupa wpadła do jeziora.

Niektóre dzieci umiały pływać, podobnie jak mechanik i nauczycielka. Kilka starszych osób z wyspy i miejscowy wędkarz wskoczyli do wody na pomoc. W wodzie wybuchła jednak panika, dzieci odruchowo chwytały dorosłych, wciągając ich pod wodę. Kiedy potem wydobyto ciała mechanika i nauczycielki były one dosłownie obwieszone kurczowo wczepionymi dziećmi.

Inni spanikowani pionierzy stracili podobno orientację i zamiast na wyspę płynęli wzdłuż brzegu aż utonęli. Ich ciała wyłowiono potem w znacznej odległości od zatopionych łodzi. Po chwili na wodzie unosiły się już tylko panamki pionierów. W tym miejscu głębokość wynosiła 12 m, a na dnie były gęste wodorosty.

Z 31-osobowej grupy ocalało tylko troje dzieci – jednego chłopca wyciągnął starszy kolega z obozu, a dziewczynkę – wędkarz Leonid Biełousow, który jeszcze żyje. Nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, ale jego córka mówi, że nie mógł sobie wybaczyć, iż akurat tego dnia wybrał się na ryby sam – wcześniej zawsze zabierał grupę kolegów. Nie zdołał więc wyciągnąć nikogo więcej.

Wkrótce na miejsce zaczęli przybiegać ludzie z okolicznej wsi Gorki, ale teren otoczyło KGB – mówią świadkowie. Zaczęli też przyjeżdżać rodzice pionierów. „Nawet u nas we wsi było słychać jak matki wyły kiedy dowiadywały się, że ich dzieci są wśród ofiar” – wspominają babcie w Gorkach.

Sowiecka opinia publiczna nie dowiedziała się o tym zdarzeniu. Natychmiast je utajniono. Informacja przedostała się jednak jakoś do „Głosu Ameryki”, który podał ją w jednym z serwisów. To właśnie stąd nieliczni obywatele ZSRR dowiedzieli się, co miało miejsce na Jeziorze Łukowoje.

Pionierski obóz na wyspie nie został po tej tragedii zlikwidowany. Zmieniono jednak jego nazwę na „Orlik” i kategorycznie zabroniono kadrze choćby słowem wspominać o tym, co tam nastąpiło.

„Pracowałam tam na początku lat 90-ch. Nawet wtedy nie wolno było o tym mówić. Jeśli ktoś coś wspominał to tylko szeptem i w zawoalowany sposób” – wspomina jedna z mieszkanek Gorek. Co ciekawe, do dziś obóz działa dość dziwnie. Obowiązuje kategoryczny zakaz pływania po jeziorze. Jest przystań, ale na niej ani jednej łódki.

Okoliczności tej absurdalnej tragedii są równie dziwne. Trudno uwierzyć, że 20 m od brzegu, przy pięknej pogodzie i na oczach wielu osób mogła w jednej chwili utonąć 28-osobowa grupa, w tym dwoje sprawnych dorosłych ludzi. Ofiar było właściwie 29, gdyż okazało się, że nauczycielka była w ciąży.

Warto zauważyć, że okolice Jeziora Łukowoje aż roiły się w czasach sowieckich od wojskowych obiektów strategicznych. Oprócz wspomnianego kombinatu w zamkniętym mieście Elektrostal, w oddalonym o 20 km Monino znajdowała się baza ciężkich bombowców strategicznych, a na północ od niej budowano Gwiezdne Miasteczko – siedzibę Centrum Wyszkolenia Kosmonautów.

Niewykluczone, że utajnienie tego zdarzenia przez służby sowieckie było związane z takim właśnie położeniem jeziora, a także z faktem, że prawie wszystkie ofiary były dziećmi pracowników strategicznego zakładu.

Jednak kombinat w Elektrostali od lat nie jest już objęty tajemnicą. Monino od dawna zamieniono na ogólnodostępne muzeum sowieckiego lotnictwa. Dlaczego więc do dziś informacje o tej tragedii sprzed ponad pół wieku są objęte klauzulą „tajne specjalnego znaczenia”?

Najstarsi mieszkańcy mówią też, że jeszcze przez rewolucją 1917 r. na wyspie na Jeziorze Łukowoje mieszkali staroobrzędowcy. Mieli tam podobno swoją świątynię. Co się z nimi stało potem – nie wiadomo.

W czasach sowieckich w okolicy często dochodziło też do innych dziwnych zdarzeń. W czasie jednej z zim w latach 70-ch, kiedy obóz nie działał, na jezioro miał wjechać wojskowy BTR. Zarwał się pod nim lód i maszyna utonęła wraz z załogą. Podobno tak głęboko zaryła się w muł na dnie, że zrezygnowano z jej wydobycia.

Inni świadkowie mówią, że w sąsiednim jeziorze wojsko zatopiło kiedyś skażonego radioaktywnie Kamaza. Wielokrotnie w całej okolicy widywano żołnierzy z dozymetrami. Kilku miejscowych opowiada, że w czasie kopania na okolicznych polach natrafiono kiedyś na „olbrzymie podziemne kałuże rtęci”.

Jezioro_Lukowe

Reporters.pl

Powiązane artykuły

Podziel się z innymi: