Bialorus

Dostała „list szczęścia” od Łukaszenki. Powiesiła się

By Dział: Społeczeństwo | 18 stycznia 2017

Doprowadzeni do rozpaczy karami finansowymi bezrobotni zaczynają odbierać sobie życie.

„Listy szczęścia” – tak z ponurą ironią nazywane są na Białorusi pisma, które do bezrobotnych masowo wysyłają władze z żądaniem zapłacenia kar za bycie tzw. „pasożytem społecznym”. Niektórzy nie wytrzymują.

Mieszkańcami białoruskiego Rohaczowa wstrząsnęła właśnie wiadomość o samobójstwie, które popełniła bezrobotna kobieta z tego miasta. Pracę straciła dwa lata temu. W 33-tysięcznym Rohaczowie, podobnie jak na całej białoruskiej prowincji, znalezienie jakiegokolwiek zatrudnienia graniczy z cudem. Ona szukała, ale nie znalazła.

Utrzymywała się, a właściwie jakoś wegetowała, wyłącznie dzięki małemu przydomowemu ogródkowi. Niedawno otrzymała jednak „list szczęścia”, w którym miejscowy urząd podatkowy ogłaszał jej, że została uznana za „pasożyta społecznego” i żądał zapłacenia z tego tytułu kary równowartości 460 nowych rubli (960 PLN).

Kobieta, która i tak nie miała już z czego żyć, nie wytrzymała nerwowo i powiesiła się. Relację jej znajomych opisał lokalny portal Rogaczew Online. To już kolejny przypadek, kiedy doprowadzeni do rozpaczy ludzie na Białorusi odbierają sobie życie. Najpierw niewydolne „państwo socjalne” wyrzuca ich z pracy, a potem każe jeszcze płacić sobie haracz grożąc więzieniem.

Przypomnijmy, że prezydent Aleksander Łukaszenka podpisał „dekret o pasożytnictwie” w kwietniu 2015 r. Zgodnie z nim, każdy mieszkaniec Białorusi, który nie płaci podatków do budżetu państwa przez co najmniej 183 dni w roku musi uiścić karę w wysokości tzw. 20 stawek bazowych, czyli właśnie ok. 960 PLN. Dla wielu biednych Białorusinów jest to kwota niewyobrażalna.

Obrońcy praw człowieka protestują i wskazują, że dekret ten narusza kilka artykułów konstytucji kraju. Petycję domagającą się jego zniesienia podpisało prawie 60 tys. Białorusinów. Ale kto by tam się przejmował takimi protestami.

Prezydent Łukaszenka w końcu ubiegłego roku przyznał wprawdzie, że „dekret ten był trochę niedorobiony”, ale odmówił jego zawieszenia i kazał go jedynie poprawić. Teraz o tym, czy ktoś jest „pasożytem” mają decydować lokalne władze, a sytuacja np. bezrobotnych kobiet wychowujących małe dzieci okazała się w wyniku tych „poprawek” jeszcze gorsza.

„Ten dekret jest przejawem całkowitego bezprawia i dowodzi, że nasze „socjalnie zorientowane państwo” już dawno nim nie jest. Ludzie zostali pozbawieni jakichkolwiek mechanizmów obrony swoich praw” – ocenia białoruska działaczka praw człowieka Olga Majorowa.

Przypomina ona, że realna opieka społeczna dla najbiedniejszych ludzi przestała na Białorusi istnieć, a dobroczynność jest faktycznie zabroniona – państwo obłożyło ją takim podatkiem, że nie da się legalnie przeprowadzić żadnej zbiórki społecznej, aby pomóc ludziom w potrzebie.

Zdaniem działaczki, w tej sytuacji jedynym wyjściem z sytuacji byłoby gdyby Białorusini wykazali się solidarnością i wszyscy na raz odmówili płacenia „podatku od pasożytnictwa”. „Władze sobie w takiej sytuacji nie poradzą. Każdego obywatela za to nie są w stanie skazać, będą się bali masowych protestów” – apeluje obrończyni praw człowieka.

Czytaj także: Łukaszenka, zabierz do cholery tych Arabów! Bruksela zapłaci mu za wsadzenie IMIGRANTÓW DO OBOZÓW!

Reporters.pl

Powiązane artykuły

Podziel się z innymi: