X

“Polacy wydali lub zabili 80-90 proc. Żydów uciekających przed Niemcami”

Taki przekaz puścił właśnie w świat The Telegraph.

Brytyjski dziennik powołuje się na Havi Dreifuss – żydowską profesor Uniwersytetu w Tel Awiwie, którą przedstawia też jako uczoną z Yad Vashem – izraelskiego Instytutu Pamięci Ofiar Holokaustu.

Według niej, “spośród 160-250 tys. Żydów, którzy uciekli Niemcom i szukali pomocy u Polaków, przetrwało tylko 10-20 proc. Pozostałym polscy wieśniacy odmówili pomocy, wydali ich Niemcom lub sami ich zabili”.

Ciekawe skąd izraelska profesor wzięła te liczby? A ilu spośród tych, których nazywa “Polakami” to byli Ukraińcy i Litwini, którzy rzeczywiście masowo pomagali Niemcom mordować Żydów? Czy pani profesor nie stosuje też przypadkiem takiej logiki: jeśli Żydzi uciekli, a mimo to Niemcy ich złapali to za każdym razem była to wina Polaków?

Tymczasem oficjalnie Instytut Yad Vashem wydał w sobotę wieczorem kuriozalne oświadczenie, w którym z jednej strony przyznaje, że nie było tzw. “polskich obozów śmierci”, jednak z drugiej strony – sprzeciwia się polskiemu zakazowi mówienia o nich.

“Nie ma żadnej wątpliwości, że sformułowanie “polskie obozy śmierci” jest przeinaczaniem historii. Obozy zagłady były organizowane w okupowanej przez nazistów Polsce w celu mordowania narodu żydowskiego” – pisze Instytut.

“Jednak ograniczanie wypowiedzi uczonych i innych osób dotyczących bezpośredniego lub pośredniego współudziału Polaków w zbrodniach popełnionych na ich ziemiach podczas Holokaustu to poważne wypaczenie” – pisze dalej Instytut.

Konia z rzędem temu, kto wyjaśni jaka logika kieruje autorami tego oświadczenia: “polskie obozy śmierci” to nieprawda, ale nie wolno zabraniać o nich mówić. Pomijając, że jak zwykle mówi się o mitycznych “nazistach”, a nie o Niemcach. Również izraelskiej ambasador na obchodach wyzwolenia Auschwitz nie przeszło przez gardło, że to Niemcy. Oprawców określiła jako “nie-Polaków”.

Dlaczego fakt istnienia w Polsce w czasie II wojny absolutnego marginesu społecznego w postaci tzw. szmalcowników, którzy wydawali Żydów Niemcom – takich samych szmalcowników jacy działali wtedy w każdym kraju Europy (tyle że w odróżnieniu od Polski tam wspierały ich jeszcze kolaboracyjne rządy) – ma być argumentem na rzecz mówienia o “polskich obozach śmierci”?

Czy – kierując się dokładnie taką samą logiką – nie mamy w tej sytuacji prawa nazywać powojennych katowni UB i NKWD “żydowskimi katowniami śmierci”? Nikt nie zaprzeczy przecież, że ogromną część oprawców stanowiły tam osoby żydowskiej narodowości, podobnie jak wśród prokuratorów i sędziów, którzy wydawali wyroki śmierci na Polakach.

Jeśli wolno mówić “polskie obozy śmierci”, chociaż cały ich personel i władze to Niemcy, a nie Polacy, to dlaczego nie “żydowskie katownie”, gdzie Żydzi faktycznie torturowali i zabijali? Czy może krew i cierpienie żydowskich ofiar Holokaustu są więcej warte niż krew tysięcy zamordowanych Polaków, czyli “gojów”? Najwyraźniej tak sądzą władze Izraela.

Reporters.pl

Opublikowany January 30, 2018, 11:34 am