Ostateczna kapitulacja FBI. Największa zagadka kryminalna USA pozostanie nierozwiązana

Federalne Biuro Śledcze zamknęło ostatecznie w lipcu br. sprawę, którą jej agenci usiłowali bezskutecznie rozwikłać przez 45 lat. W sprawie “tajemniczego skoczka” zbadano tysiące tropów, sprawdzono setki wersji – bez rezultatu.

Wszystko zaczęło się 24 listopada 1971 r. kiedy niejaki Dan Cooper wsiadł w Portland do Boeinga 727 linii “Northwest Orient” lecącego do Seattle. Lotem 305 podróżowało wraz z nim 41 pasażerów i członków załogi.

Ok. 45-letni postawny mężczyzna ubrany w czarny płaszcz, ciemny garnitur, starannie wyprasowaną białą koszulę, w czarnym krawacie ze spinką z masy perłowej oraz w czarnych okularach, wyglądał na biznesmena lub poważnego urzędnika.

Zajął miejsce z tyłu samolotu, po starcie zamówił whisky, zapalił papierosa, a następnie napisał krótką notatkę i wręczył ją stewardessie. Ta myślała początkowo, że mężczyzna daje jej swój numer telefonu, więc nie czytając włożyła karteczkę do kieszeni. Wtedy Cooper nachylił się do niej i powiedział: “Powinna pani to przeczytać”.


Na kartce było napisane: “W walizce mam bombę. Użyję jej jeśli będzie to konieczne. Chcę żebyś usiadła obok mnie. Zostaliście porwani”. W notatce było żądanie okupu w wysokości 200 tys. dolarów w nieoznaczonych banknotach oraz 4-ch spadochronów. Rzeczy te miały zostać dostarczone do samolotu, gdy wyląduje w Seattle.

Pilot skontaktował się z kontrolą lotów, a ta z FBI i zarządem linii. Kazano stewardessie sprawdzić, czy bomba jest prawdziwa. Kiedy wróciła na miejsce obok porywacza, ten otworzył walizkę, pokazując umieszczone w środku czerwone walce, dużą baterię i przewody. Kobieta uznała, że zagrożenie jest realne.

W tej sytuacji zapadła decyzja o spełnieniu żądań Coopera. Samolot krążył nad Seattle zanim FBI przywiozła na lotnisko pieniądze i spadochrony. Agenci sfotografowali wszystkie numery seryjne banknotów.


Tymczasem Cooper spokojnie popijał burbona i nawet chciał za niego zapłacić. Stewardessa opisywała go jako człowieka “raczej miłego”, zatroszczył się nawet, żeby po lądowaniu w Seattle załodze dostarczono posiłek.

Śledczy FBI twierdzili jednak potem, że “zachowywał się nieprzyzwoicie i używał plugawego języka”. Najwyraźniej “kulturalny porywacz” nie pasował do ich wyobrażeń o tym jaki powinien być przestępca.

Kiedy w Seattle Cooperowi przekazano pieniądze i spadochrony, porywacz uwolnił wszystkich 36 pasażerów i jedną stewardessę. Na pokładzie mieli pozostać pilot, pierwszy oficer, mechanik i druga stewardessa. Po zatankowaniu paliwa samolot ponownie wystartował.

Porywacz kazał pilotowi lecieć do Meksyku z wypuszczonym podwoziem, na znacznie niższej niż zazwyczaj wysokości 3000 m. Dzięki temu kabina nie była pod ciśnieniem, co umożliwiało ewentualny skok. Ponieważ w takiej sytuacji paliwo zużywa się szybciej postanowiono wylądować na kolejne tankowanie w Reno w stanie Nevada.

Wkrótce potem Cooper kazał stewardessie udać się do kokpitu. Dokładnie 33 minuty po starcie w kabinie pilotów zaświeciła się kontrolka otwierania drzwi samolotu i wypuszczania schodów ogonowych. To zapewne wtedy porywacz wyskoczył na spadochronie.

Dwie godziny później samolot bezpiecznie wylądował w Reno. Agenci FBI znaleźli w środku tylko dwa pozostałe spadochrony i… krawat ze spinką.

W chwili skoku Coopera wokół maszyny szalała potężna ulewa, niebo pokrywały gęste chmury, nie było widać żadnych świateł z ziemi. To właśnie dlatego piloci eskortujących porwanego Boeinga myśliwców F-16 niczego nie zauważyli.

Przypuszczalnie porywacz wylądował ok. 70 km na północny wschód od Portland w Górach Kaskadowych. Teren ten pokrywają gęste lasy na stromych zboczach. To właśnie dlatego FBI jest przekonana, że mężczyzna nie mógł tego skoku przeżyć. Ciała nigdy jednak nie znaleziono.

Teren przez wiele miesięcy przeczesywały grupy FBI, lokalna policja, Gwardia Narodowa, ponad 200 żołnierzy US Army, prywatni detektywi, śmigłowce i kutry patrolowe na pobliskich jeziorach Merwin i Yale. Jeden z najbardziej zmasowanych pościgów w historii USA dał wynik zerowy.

Dopiero w 1978 r. myśliwy znalazł w pobliżu przypuszczalnej strefy lądowania Coopera tabliczkę z instrukcją opuszczania schodów Boeinga 727. Dwa lata później 8-letni chłopiec w czasie pikniku znalazł na płyciźnie rzeki Kolumbia paczkę zawierającą 294 gnijące banknoty 20-dolarowe, owinięte w gumowe taśmy.

Po zbadaniu potwierdziło się, że to część okupu dostarczonego Cooperowi. Nie udało się jednak wyjaśnić dlaczego guma taśm była nienaruszona, chociaż w tym czasie powinna się już zupełnie rozpaść. Eksperci dowiedli niezbicie, że paczka musiała zostać tam umieszczona co najmniej kilka lat po porwaniu samolotu.

W jaki sposób tam trafiła? Czy Cooper ukrył ją, a potem zmył ją do rzeki któryś z górskich potoków? Nie wiadomo. FBI twierdzi, że znalezienie paczki do dowód, iż porywacz zginął, gdyż nie zdecydowałby się on ukryć pieniędzy w rejonie skoku. Nie jest to jednak zbyt przekonujące.

Od tamtego czasu do żadnego banku nigdy nie trafiły też pozostałe banknoty z numerami seryjnymi, które przekazano porywaczowi. Nigdy nie udało się też ustalić kim on właściwie był, chociaż śledczy sporządzili bardzo dokładny portret pamięciowy i mieli kod DNA z krawatu. Natomiast odcisków palców było w samolocie tyle, że nie udało się ustalić, które mogły należeć do Coopera.

FBI podejrzewała, że swój pseudonim zapożyczył on od bohatera kanadyjskiego komiksu z Royal Canadian Air Force, który na okładce jednego z wydań skacze na spadochronie. W czasie śledztwa przesłuchano i sprawdzono tysiące podejrzanych. Kilku z nich niemal idealnie pasowało do wizerunku sprawcy i okoliczności porwania.

Masowy morderca John List miał takie same rysy twarzy i budowę ciała. Z kolei Richard McCoy, prawnik, spadochroniarz i były pilot z wojny w Wietnamie, dokonał dwa lata później identycznego w każdym szczególe napadu i też wyskoczył na spadochronie, tyle że z okupem 500 tys. USD.

Co ciekawe, w trakcie poszukiwań Coopera w górach w 1971 r. to właśnie McCoy pilotował jeden ze śmigłowców Gwardii Narodowej. Po schwytaniu trafił do więzienia, ale zbiegł i w końcu 3 miesiące później zginął w strzelaninie z policją.

Z kolei Duane Weber z Florydy, były żołnierz z II wojny, tuż przed śmiercią w 1995 r. wyznał żonie, że to on był Danem Cooperem. Kobieta przypomniała sobie, że przez pewien czas pracował on w Portland, a w nocy miał koszmar, w którym krzyczał o “skakaniu z samolotu i odciskach palców na schodach ogonowych”. Mówił jej też, że kontuzję kolana odniósł właśnie w czasie skoku.

Co więcej, wdowa po Weberze zeznała, że w 1979 r. zabrał on ją nad rzekę Kolumbia, gdzie szukał czegoś na brzegu. Kiedy po jego śmierci sprawdziła portret pamięciowy Coopera i porównała charakter pisma na zdjęciu z jego notatki z samolotu stwierdziła, że nie ma żadnej wątpliwości, iż był to jej zmarły mąż.

FBI umorzyła jednak ten wątek sprawy z powodu “braku silnych dowodów”. Żadne odciski palców z samolotu, ani DNA z krawata nie pasowały do Webera.

Natomiast prywatni detektywi wpadli na trop niejakiego Kennetha Christiansena, byłego wojskowego spadochroniarza, który pracował w liniach lotniczych, mieszkał w stanie Waszyngton niedaleko miejsca, gdzie wyskoczył Cooper i dobrze znał te tereny.

Ustalono, że rok po porwaniu kupił za gotówkę nieruchomość, pił burbona i palił, tak samo jak Cooper w czasie lotu. Był też podobny do rysopisu sprawcy poza… kilkoma “drobnymi” szczegółami – karnacją, wzrostem, wagą i kolorem oczu.

W końcu FBI doszła do wniosku, że szukanie tajemniczego porywacza wśród byłych spadochroniarzy i wojskowych to błędna droga, gdyż tylko niedoświadczony skoczek zdecydowałby się na skok w czasie szalejącej ulewy i nie widząc żadnego światła z ziemi.

W 2007 r. wybuchła kolejna sensacja. FBI przyznało, że “przez pomyłkę” jeden z dostarczonych Cooperowi na lotnisku w Seattle spadochronów zapasowych był… fałszywy. Była to atrapa przeznaczona tylko do celów demonstracyjnych. Traf chciał, że był to jeden z dwóch spadochronów, których użył mężczyzna w czasie skoku. Nie zorientował się?

Co ciekawe, w kwietniu 2013 r. Earl Cossey, właściciel szkoły spadochronowej, który w 1971 r. dostarczył FBI spadochrony dla Coopera, został znaleziony martwy w domu na przedmieściach Seattle. Zginął od uderzenia tępym narzędziem w głowę. Sprawcy nie ustalono.

Tymczasem postać Coopera stała się jedną z popularnych amerykańskich legend. Jego wyczyn stał się motywem licznych seriali, tematem kilku książek, dostarczył pomysłów na filmy.

W Ariel co roku 24 listopada obchodzi się Dzień Coopera, w Muzeum Historycznym stanu Waszyngton jest poświęcona mu ekspozycja, w wielu sklepach z pamiątkami na północnym wschodzie USA można kupić gadżety z nim związane.

Natomiast zagadka tajemniczego skoczka – jedyny w historii USA nierozwiązany przypadek porwania samolotu – trafia właśnie do archiwum spraw niewyjaśnionych FBI i pewnie tam już pozostanie na zawsze.

Czytaj także: “Operacja specjalna”: major Specnazu zrzucił żonę z zepsutym spadochronem

Reporters.pl / Na podstawie: “U.S. News & World Report”, “New York”, “Daily Mail”, Wikipedii. [Krymi-Crime]

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow