Ten zbrodniarz jeszcze się przyda. Historia zapomnianego ludobójcy OUN (FOTO)

By Dział: Historia W popularnych | 19 października 2016

22 czerwca 1934. Wolne Miasto Gdańsk. Józef Budny, doświadczony śledczy ze Lwowa prowadzi obserwację ukraińskich nacjonalistów, o których wiadomo, że są wspierani przez niemiecki wywiad Abwehrę w antypolskiej działalności.

Minął zaledwie tydzień od śmierci w zamachu terrorystycznym ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, zwolennika ugody i ustępstw wobec Ukraińców. Lwowski policjant jest doskonale zorientowany w środowisku mniejszości ukraińskiej miasta Orląt. Jest najlepszą osobą by zidentyfikować nowo przybyłych do Trójmiasta działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów.

W pewnym momencie Budny zauważa osobnika, którego rysopis przypomina groźnego terrorystę. Polskie organy ścigania liczą na zidentyfikowanie Hrihorija Maciejki, bezpośredniego zabójcy Pierackiego, który na ulicy Foksal nr 3 w Warszawie oddał do ministra kilka strzałów, w tym dwa celne w tył głowy.

Ofiara i jej bezpośredni zabójca - Hryhorij Maciejko

Ofiara i jej bezpośredni zabójca – Hryhorij Maciejko


Wykonawca zbrodni zdołał jednak w końcu uciec aż do Argentyny. Budny ma jednak szczęście dużo większe, niż sądził. Zauważył kogoś w strukturze OUN znacznie ważniejszego. To organizator zamachu, a jak się miało dopiero później okazać – jeden z najokrutniejszych zbrodniarzy w historii, zarówno dla Polaków, Żydów, jak i samych Ukraińców.

Obserwowany kwateruje z dziewczyną, Darią Hnatkiwską – także z OUN – na Schlagetterstrasse 13. Mykoła Łebed, bo o nim mowa, to zastępca krajowego prowydnyka i zleceniodawca także innych zamachowców, takich jak Dmytro Danyłyszyn i Wasyl Biłas – ujęta i stracona para morderców proukraińskiego posła Tadeusza Hołówki, przyjaciela Józefa Piłsudskiego.


Łebed pełni w organizacji rolę planisty, oprócz zlecania zadań, w tym morderstw, dostarcza broń, sprzęt, fałszywe dokumenty. Po zamachu na Hołówkę zdołał ujść za granicę. Powrócił, gdy poczuł się bezpieczniej.


Osobiście odebrał bombę z prowadzonego przez OUN konspiracyjnego laboratorium w Krakowie. Terroryści chcieli jej użyć, gdyby Pieracki nie zginął od kul. Na długo przed drugim ze swoich najsłynniejszych zamachów Łebed osobiście prowadził rozpoznanie na terenie Warszawy. Po zamachu zdołał zbiec i przedostać się przez granicę do Wolnego Miasta Gdańska. Całkowite bezpieczeństwo mógł jednak uzyskać dopiero na terenie III Rzeszy.

Ulica Foksal w Warszawie. Strzałką oznaczono miejsce zabójstwa ministra Bronisława Pierackiego

Ulica Foksal w Warszawie. Strzałką oznaczono miejsce zabójstwa ministra Bronisława Pierackiego

Policjant ze Lwowa śledzi Łebedzia, który spotyka się z Andrzejem Fedyną, ukraińskim studentem Politechniki Gdańskiej, który kieruje tamtejszą siatką OUN i bezpośrednio współpracuje z Abwehrą. Ta gdańska ekspozytura była niejako aortą terrorystycznej organizacji ukraińskiej między Niemcami a Polską.

Jednym z jej zadań było przemycanie do Polski wszelkiego rodzaju broni i materiałów oraz literatury propagandowej ukraińskich nacjonalistów drukowanej za granicą. Uzgodniony przez OUN-owców z Niemcami przerzut materiałów z III Rzeszy na teren Wolego Miasta nie stanowił dla nich, oczywiście, problemu.

A ponieważ Gdańsk leżał już w polskim obszarze celnym wyłapywanie przemytników stanowiło dla władz RP spory kłopot, mimo podejmowanych przez nie prób namierzenia i zlikwidowania kanałów przemytu.

Kierujący siatką na tym terenie Fedyna był więc niejako skrzynką kontaktową nacjonalistów ukraińskich działającą na wszystkie strony. Zorganizował drogę ucieczki Łebedziowi, który po rozmowie z nim natychmiast wsiadł na statek “Preussen”.

Kondukt pożegnalny Bronisława Pierackiego w Warszawie

Kondukt pożegnalny Bronisława Pierackiego w Warszawie

Lwowski śledczy natychmiast powiadomił Warszawę. Akcja polskich służb dyplomatycznych była błyskawiczna i stanowcza. Natychmiast skontaktowano się z polskim ambasadorem w Berlinie Józefem Lipskim, który niezwłocznie, pomijając zwyczajowe drogi dyplomacji, bez wahania zadzwonił bezpośrednio do Gestapo.

W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej zażądał aresztowania mordercy polskiego ministra i wydania go naszym służbom. Jednocześnie do Swinemünde (Świnoujścia) przybył polski konsul w Szczecinie Heliodor Sztark, który zdołał pojawić się na miejscu, gdy przy wyjściu ze statku niemiecka policja portowa zatrzymała Łebedzia.

Ten – pewny siebie – wylegitymował się fałszywym dokumentem na nazwisko Eugen Skyba, wydanym mu dzięki Abwehrze. Nie podejrzewał, że przy aresztowaniu zleconym przez Gestapo, a więc instytucję odrębną od Abwhery, obecny będzie polski konsul.

Przyznał więc, że jest Ukraińcem, nazywa się Mykoła Łebed i właśnie brał udział w słynnym napadzie w Gródku Jagiellońskim na terenie Polski, który był nota bene kolejną zaplanowaną przez niego operacją. Ta swoista “reklama” wobec funkcjonariuszy niemieckich, że przecież jest “swój”, zdekonspirowała go przed polskim dyplomatą.

pieracki1

Minister Spraw Wewnętrznych Bronisław Pieracki. Zamordowany przez ukraińskich terrorystów

Terrorystę przewieziono do Berlina, jednak przepływ informacji między niemieckimi instytucjami i nacisk służb III Rzeszy sprawił, że nie palono się by go wydać Polsce. Ambasador Lipski interweniował bez wahania u Heinricha Himmlera, grożąc natychmiastowym opuszczeniem Berlina.

Czynił to tak sugestywnie, że sprawa otarła się dwukrotnie o samego Hitlera. Jednocześnie polski attache wojskowy w Berlinie ppłk Antoni Szymański, który już wcześniej meldował o szkoleniu Ukraińców przez Reichswehrę, zgodnie z odebranym telegraficznie rozkazem zjawił się u jej szefa.

Dał mu do zrozumienia, że w imieniu marszałka Józefa Piłsudskiego Warszawa uznaje niemieckie władze wojskowe winnymi ukraińskiego terroryzmu w Polsce. W tej sytuacji jeszcze tego samego dnia decyzją Niemców Łebed znalazł się na pokładzie Polskich Linii Lotniczych “Lot”.

Proces, tak z powodu miejsca zbrodni, jak i jej rangi, ciągnął się do stycznia 1936 r. Korzystając z obecności dziennikarzy zagranicznych oskarżeni Łebed, Stefan Bandera i kilku innych czołowych działaczy OUN urządzali przed publiką “patriotyczne” spektakle propagandowe. Witali się słowami “Sława Ukrajini!”, nie cofając się przed ubliżaniem sądowi i państwu polskiemu.

Kłamali, by wprowadzić w błąd policję i opinię publiczną. Żądali też możliwości zeznawania po ukraińsku, nie chcąc używać polskiego, choć dwujęzyczne formy składania zeznań były przyjęte tylko na terenach, gdzie Ukraińcy zamieszkiwali w zwartych skupiskach. W końcu na potrzeby procesu umożliwiono im takie zeznania.

Doniesienia prasowe z procesu ukraińskich zabójców Pierackiego

Doniesienia prasowe z procesu ukraińskich zabójców Pierackiego

Oskarżeni kłamali też jakoby byli torturowani, co było sprzeczne z podstawową logiką publicznego procesu w państwie demokratycznym. Mimo oczywistych dowodów wypierali się winy, aż do momentu, kiedy weszła w życie ustawa amnestyjna, która dawała im pewność, że zachowają życie.

W końcu 13 stycznia 1936 r. zapadł wyrok. Łebed i Bandera zostali skazani na śmierć z zamianą na dożywotnie więzienie. Wyprowadzeniu obu morderców z sali towarzyszyły okrzyki po ukraińsku. Jeszcze tylko jeden z terrorystów, Karpyneć, dostał taki sam wyrok, złagodzony w trybie amnestii.

Reszta otrzymała pomniejsze wyroki więzienia, złagodzone następnie mocą ustawy amnestyjnej nawet do dwóch lat (!). W taki sposób traktowała najbardziej krwawych terrorystów ta “okrutna II RP”, na którą zarówno wtedy jak i po kilkudziesięciu latach narzekają nacjonaliści ukraińscy.

Pochód ukraińskich nacjonalistów w 1941 r. Miasto nieznane. Fot. Wikipedia

Pochód ukraińskich nacjonalistów w 1941 r. Miasto nieznane. Fot. Wikipedia

Po ataku Niemiec na Polskę we wrześniu 1939 r. polskie władze stopniowo wypuszczały wszystkich więźniów, by nie dostali się w ręce Niemców lub później Sowietów. Na wolność wyszli więc także nacjonaliści ukraińscy, w tym Łebed.

Według innej wersji, uciekł on korzystając ze złagodzenia nadzoru w czasie ewakuacji więźniów na wschód. Po spotkaniu ze swoimi kompanami – terrorystami z OUN i podzieleniu się rolami, przypadło mu tworzenie najokrutniejszej w historii ukraińskiego ruchu nacjonalistycznego Służby Bezpeky OUN.

Miała ona czuwać nad utrzymaniem agresywnej i bezwzględnej postawy w całej organizacji, a później w utworzonej w 1942 r. Ukraińskiej Powstańczej Armii. Wszystko to do końca czerwca 1941 r. odbywało się pod pełną kuratelą III Rzeszy.

Jednym z najbardziej odrażających etapów działalności Łebedzia była funkcja wykładowcy w szkole wywiadowczo-dywersyjnej OUN, powstałej z inicjatywy Abwehry w Zakopanem, gdzie uczyli się adepci Służby Bezpeky OUN. Ćwiczył ich w prowadzeniu najokrutniejszych tortur na ludziach oraz wydobywaniu zeznań.

List gończy Gestapo za Mykołą Łebedziem

List gończy Gestapo za Mykołą Łebedziem

Okres bezpośredniej współpracy z Niemcami zakończyło samowolne ogłoszenie przez OUN powstania Samostijnej Ukrainy 30 czerwca 1941 r. Łebed – podobnie jak wielu członków jego organizacji – uniknął aresztowania.

W latach 1942-1944 wraz ze swoimi współpracownikami był bezpośrednio odpowiedzialny za przygotowanie okrutnego wymordowania od 100 do 200 tysięcy Polaków, a ponadto Żydów i Ukraińców, w większości kobiet i dzieci.

Zgodnie z ich planem, miało to w przyszłości zminimalizować polskie argumenty etniczne na arenie międzynarodowej w kwestii przynależności Kresów Południowo – Wschodnich. Polacy stanowili bowiem większość w dwóch z czterech tamtejszych województw – Tarnopolskim i Lwowskim.

Jednym z bardziej znanych pseudonimów Łebedzia to “Maksym Ruban”, od ukraińskiego słowa “rąbać”. I bynajmniej nie chodziło o rąbanie drewna na opał…

Po wojnie Łebed zdołał ujść do Włoch, gdzie udało mu się w końcu przekonać kontrwywiad amerykański do wykorzystania go w charakterze agenta. Początkowo miał zdobywać informacje o grupach emigracji ukraińskiej. Współpracę tę podjął pomimo rozpoznania go przez amerykańskie służby wywiadowcze jako “znanego sadysty i niemieckiego kolaboranta”.

Zdołał szczęśliwie załapać się do puli nazistów, których obie strony Zimnej Wojny wykorzystywały wtedy do swoich celów. Zarówno bowiem USA, jak i ZSRR doceniały nie tylko talenty nazistów jako naukowców w wyścigu zbrojeń, ale także ich zdolności agenturalne.

W tę drugą kategorię ukraińscy nacjonaliści wpisywali się idealnie. Współpraca krwawego Mykoły z CIA była z biegiem lat coraz bliższa, pozwolono mu prężnie działać pośród grup emigracji ukraińskiej, gdzie wzmacniał jej szowinistyczne poglądy. Również jego projekty medialne i wydawnicze były finansowane przez amerykański wywiad.

Mykoła Łebed w okresie powojennym

Mykoła Łebed w okresie powojennym

Podejmowane próby pociągnięcia Łebedzia do odpowiedzialności przez amerykańskie instytucje zajmujące się ściganiem nazistów były blokowane przez jego protektorów, których zbrodniarz znalazł sobie wśród wysokich rangą funkcjonariuszy CIA. Starano się przemilczać jego przeszłość, nawet w wątkach antysemickich.

Po odzyskaniu niepodległości przez Ukrainę, w pierwszej połowie lat 90-ch Łebed zrobił sobie pielgrzymkę do miejsc młodości. Co ciekawe, miał przesiadkę na lotnisku w Warszawie, gdzie czekał kilka godzin.

Pomimo nadal prawomocnego wyroku dożywocia za same tylko przewiny w okresie międzywojnia ówczesne władze Polski powinny były wysłać ekipę, która rzuciłaby go na ziemię i zakuła w kajdanki. To jednak nie nastąpiło. Bez zakłóceń odbył swoją podróż i wrócił do USA, gdzie dożył spokojnej starości i umarł w Pittsburghu w 1998 r.

W tym samym roku przyjaciel Jerzego Giedroycia Bohdan Osadczuk, także z Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów – z frakcji melnikowców jeszcze ściślej współpracującej z Niemcami w czasie II wojny – wystawił mu laurkę w Zeszytach Literackich. Artykuł nosił tytuł “Mykoła Łebed – od terrorysty do politycznego pragmatyka”…

Aleksander Szycht / Artykuł ukazał się po raz pierwszy na portalu Kresy24.pl w czasach jego dawnej Redakcji.

Czytaj także: Po “Wołyniu”. Przewiny II RP wobec Ukraińców jako powód ludobójstwa: prawda czy mit?

Reporters.pl

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow