Jak nie zwariować i być szczęśliwym we współczesnym świecie? 12 prostych rad życiowych (WIDEO)

Zebraliśmy doświadczenia wielu ludzi, zarówno tych szczęśliwych jak nieszczęśliwych. Zobaczyliśmy co mówią psycholodzy, terapeuci i religia i ułożyliśmy to w 12 prostych rad.

Rady te dla uproszczenia napisaliśmy w formie męskiej, ale są one, oczywiście, również dla pań. Jeśli uważasz, że mogą one ci pomóc – przekaż je dalej, może w ten sposób pomożesz albo przynajmniej ulżysz jeszcze komuś, kto cierpi.

Po pierwsze – bez wiary życie jest ciężkie. Ale ponieważ jest ona darem to nie każdemu jest dana. Jedni ją dostali, inni nie. Jeśli brak ci wiary to zapytaj sam siebie: czy chciałbym być szczęśliwy? Jeśli tak, to zapytaj: czy gdyby istniało wieczne szczęście to chciałbym w nim uczestniczyć? Innymi słowy – czy chciałbym, żeby Bóg istniał, nawet jeśli teraz brak mi wiary w Niego?

Jeżeli odpowiesz sobie, że chciałbyś, to jesteś już na dobrej drodze. Zachowaj i podtrzymuj w sobie tę chęć, ona z czasem zamieni się w wiarę, szczególnie jeśli będziesz próbował o to się modlić. Czasem następuje to szybko, czasem bardzo wolno, ale następuje zawsze. A kiedy uwierzysz, to także pokochasz Boga.


Zastanów się, dlaczego On miałby ci dawać wiarę, jeśli ty sam jej nie chcesz? Trudno jest wygrać na loterii, ale na 100 proc. się nie wygra, jeśli się najpierw nie kupi losu. Na szczęście – w odróżnieniu od totolotka – w przypadku wiary wygrana prędzej czy później zawsze nastąpi.

Wielu osobom w uzyskaniu wiary przeszkadza wpojony im na lekcjach religii naiwny wizerunek Boga jako dobrotliwego starca z brodą siedzącego na tronie. Pamiętaj, że to tylko wyobraźnia artystów. Jak wygląda Bóg – tego na Ziemi nikt nie wie.


Może on być zupełnie inny, może jest wszystkim na raz, w tym również taki na jak obrazach, w końcu jest On przecież Wszechmogący? Twój Bóg jest takim, jakim czujesz, że jest i tu – na Ziemi – nie jego wygląd, ale jego istota ma dla nas kluczowe znaczenie. Jeśli więc wyobrażasz sobie Boga inaczej niż inni to nie rób sobie z tego powodu wyrzutów.


Po drugie – religia mówi nam, że aby być szczęśliwym trzeba pokochać bliźnich. Ale nie uda ci się pokochać bliźnich, jeśli najpierw nie pokochasz siebie. Tylko jak tu pokochać siebie, skoro jestem taki beznadziejny i tyle niefajnych rzeczy narobiłem?

Spokojnie. Po kolei. Aby pokochać siebie, najpierw musisz siebie zaakceptować takim jakim jesteś. Potem siebie polubić. A dopiero potem pokochasz. Najpierw musisz uznać, że nie ma nic złego w tym, że urodziłeś się, a potem zostałeś wychowany z różnymi wadami i słabościami – nie miałeś na to żadnego wpływu.

Musisz przyznać, że jesteś tylko człowiekiem. Nie jesteś wszechmocny i absolutnie nigdy nie będziesz idealny. Są ograniczenia, których nigdy nie przeskoczysz, a innych nie przeskoczysz prędko i nie ma w tym w ogóle nic złego, to naturalne.

Bądź wyrozumiały i delikatny wobec siebie, nie obwiniaj się i staraj się sam siebie traktować z lekką ironią i sympatią bo przecież niektóre twoje wady przybierają czasem naprawdę zabawne formy, choć bywa to niekiedy śmiech przez łzy, nieprawdaż?

Ale to nie znaczy, że masz być wobec siebie absolutnie pobłażliwy i usprawiedliwiać złe rzeczy, które robisz, mówiąc sobie: “Taki już się urodziłem, nic na to nie poradzę”, jak w dowcipie o skorpionie i żabce.

Przede wszystkim bądź wobec siebie absolutnie szczery – nie oszukuj się, że jesteś inny niż jesteś, nie próbuj być kimś innym. Jeśli coś robisz źle – to przyznaj to przed samym sobą, nawet jeśli to trochę boli. Bo co ci z tego, że sam siebie oszukasz? I tak w głębi duszy wiesz, że jest inaczej i męczy cię to.

Bardzo dobrze jest przyznać się też do swoich błędów przed Bogiem, a najtrudniej – na głos – przed innym człowiekiem. Jeśli ci się to kiedyś uda to dokonałeś niemal kosmicznej rzeczy!

Jesteś tylko człowiekiem, ale jesteś też aż Człowiekiem. Nosisz w sobie prawo do wolności (nie znaczy, że do samowoli kosztem innych) i do bycia szanowanym, choć oczywiście świat nieustannie stara się te twoje prawa deptać.

Bądź na to przygotowany bo to jedna z rzeczy, których nie możesz zmienić. Ale możesz i powinieneś bronić swoich racji. Twoje prawa, twoje uczucia, twoje oczekiwania nie są mniej ważne niż innych osób. Mów im o tym, naucz się grzecznie, ale zdecydowanie odmawiać, zacznij ćwiczyć asertywność, nie pozwól się emocjonalnie manipulować. Tylko wtedy będziesz sam siebie szanował.

Pamiętaj, że bez względu na to, czy jesteś profesorem, czy skromnym kasjerem w supermarkecie, miliarderem, czy bezdomnym biedakiem – jesteś absolutnie unikalny. Dlaczego? Bo nie ma na świecie drugiej identycznej osoby jak ty. Masz takie uczucia, wyobrażenia, wspomnienia, czasem umiejętności jakich nikt inny nie ma.

W tym sensie jesteś więc niepowtarzalnym cudem Stworzenia. Ciesz się z tego świata, który nosisz w sobie – to twoja prywatna własność, twoje królestwo, którego nikt ci nigdy nie odbierze. Rozwijaj je, jeśli umiesz, pielęgnuj jak ogród, buduj jak dom.

Po trzecie – sprawa podstawowa: naucz się odróżniać rzeczy, które możesz zmienić, jeśli zechcesz, od tych, na które nie masz żadnego wpływu. Te drugie absolutnie zostaw w spokoju i nie szarp się z nimi, bo głową muru nie przebijesz i nie ma sensu kopać się z koniem.

Zaakceptuj, że nie masz żadnego wpływu na to, jacy są inni ludzie, a nawet bardzo mizerny wpływ na to jacy są twoi bliscy. Również na to, czy jutro ci nie spadnie cegła na głowę, czy szef nie wstanie lewą nogą i nie wyrzuci cię z roboty itp.

Skup się  na tych rzeczach, które są w tobie – bo te możesz i powinieneś zmieniać. Zacznij to robić, ale spokojnie i nie za szybko. Nie oczekuj natychmiastowego wyniku, żebyś się nie rozczarował i nie zniechęcił. Jak mawiał były prezydent, a miewał czasem ciekawe powiedzonka, “pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu pcheł”. Działaj powoli, ale uparcie i stale bo stawką jest twoje życie.

Jak się potkniesz, co jest nieuniknione – w ogóle się nie przejmuj. To się zdarza każdemu i to żadna tragedia. Zawsze możesz zacząć od nowa. Ciesz się przede wszystkim z tego, że w ogóle coś próbujesz szczerze robić ze swoimi słabościami, wadami, nałogami i z tego, że jednak czasem coś ci się udaje, nawet z pozornie drobnych rzeczy.

To są rzeczy naprawdę wielkie, gdyż to ty włożyłeś w nie wysiłek, nawet jeśli inni tego nie doceniają. Nie robisz tego bowiem dla nich, żeby bili ci brawo i głaskali po głowie, tylko dla siebie.

Bądź przygotowany na porażkę. Działaj według zasady: teraz robię co mogę i najlepiej jak potrafię, a czy mi się to uda – to już nie zawsze, a często wcale nie zależy ode mnie. Jeśli Bóg lub (jeżeli jesteś ateistą) przypadek zadecyduje inaczej – to będzie inaczej.

Pamiętaj też, że często to, co wydaje nam się na początku dla nas dobre i upragnione, po latach potrafi stać się przekleństwem, a to co zdawało nam się kiedyś tragedią, okazało się dla nas korzystne i zbawienne. Bierz zawsze na to poprawkę. Tylko Bóg wie, co jest naprawdę dla ciebie dobre, gdyż zna cię lepiej niż tym sam.

Po czwarte – nie obwiniaj się o przeszłość, żyj tym co jest teraz i nie żałuj straconych okazji. Co się stało, to się nie odstanie. Zresztą przeszłość fizycznie nie istnieje – ona jest już tylko w twojej głowie i nigdzie poza nią. Nie traktuj jej realnie bo to tylko iluzja. Od tego, co zrobiłeś złego, a czego już nie cofniesz, znacznie ważniejsze jest, że teraz chcesz i próbujesz to naprawić lub zmienić.

Szczera pokuta, jeśli kiedyś będziesz już na nią gotowy, nawet w ostatniej chwili, pomoże, a na pewno nie zaszkodzi. Pamiętaj, że Bóg wybacza zawsze i nikogo nie potępia. Taki jest bowiem z definicji – miłosierny, kochający i bezgranicznie wyrozumiały. Gdyby miał nas sądzić kierując się tylko sprawiedliwością to już dawno powinien nas wszystkich zlikwidować i zamknąć w Piekle.

Tak więc nie żyj przeszłością, której nie ma, ani nie martw się przyszłością, która w tym momencie również nie istnieje. Będzie jaka będzie, ale zawsze jakaś będzie, często bez twojego udziału, jakbyś się nie starał. Żyj tym, co jest teraz – bo tylko to jest realne i na to masz wpływ. Skup się tylko na dniu dzisiejszym. O jutro będziesz się martwić jutro.

Jakoś tam planuj sobie różne rzeczy, ale nie bądź do tych planów zbyt przywiązany, licz się z możliwością porażki, żeby ci się przypadkiem świat nie skończył, kiedy nic z tego nie wyjdzie. Jest takie powiedzenie: chcesz rozśmieszyć Boga? Opowiedz mu o swoich planach. Pomyśl, czy aby tak nie jest?

Po piąte – nie obwiniaj się o własne emocje i nie próbuj ich w sobie dusić. To zdecydowanie nie jest mądre. Emocje są wrodzoną cechą każdego człowieka i prawie w ogóle od niego niezależną. Nie mają niczego wspólnego z Dobrem i Złem, gdyż stanowią cechę organizmu. Nie ma złych i dobrych emocji – są tylko przyjemne i nieprzyjemne.

Te nieprzyjemne są bardzo ważne i korzystne dla organizmu, gdyż w ten sposób informuje on nas, że coś jest nie w porządku, że coś trzeba zmienić. Masz święte prawo odczuwać nienawiść, złość, irytację, przygnębienie, rozdrażnienie, smutek itd. Ważne jest – i na to masz wpływ – żebyś ich w sobie nie podsycał, nie rozjątrzał, tylko pozwolił im spokojnie wygasnąć.

Pomyśl sobie, czy to co cię dzisiaj tak wkurza lub przeraża, będzie równie straszne jutro? A za tydzień? A za 10 lat? Czy będziesz jeszcze w ogóle pamiętał, że było coś takiego, że był taki dzień? Spróbuj to sobie wyobrazić i zrozumiesz, jak znikomy w rzeczywistości jest twój problem.

Trzymałeś kiedyś w rękach śliską rybę? Wyobraź sobie, że twój gniew jest taką śliską rybą, którą właśnie na chwilę schwytałeś w wodzie i która wije ci się w rękach. Przysuń ją sobie do twarzy (o ile nie brzydzisz się ryb), przypatrz się jej uważnie, a następnie delikatnie wpuść ją z powrotem do wody, niech sobie spokojnie odpłynie.

No i rada stara jak świat: zanim powiesz komuś w gniewie coś przykrego i nieodwracalnego, naprawdę spróbuj wziąć wcześniej trzy głębokie oddechy (co ci szkodzi?), a potem policz do tyłu od dziesięciu do jednego. Nadal nie pomaga? To powiedz sobie, że przecież równie dobrze możesz wygarnąć za 10 minut lub jutro.

A kiedy emocje już miną, najlepszym rozwiązaniem jest otwarcie, stanowczo, ale taktownie, tak żeby nie ranić dodatkowo drugiej osoby, powiedzieć jej o tym, co czujesz na skutek jej zachowania i poprosić, żeby je zmieniła.

Jest to 1000 razy skuteczniejsze niż krzyczenie na siebie w złości, oskarżanie i obwinianie drugiej osoby bo to tylko nakręca spiralę złości, a ten ktoś – równie nakręcony – i tak nie posłucha. Nigdy nie mów do ludzi: “jesteś zły, niesprawiedliwy, leniwy, głupi”, nie oceniaj. Mów o swoich uczuciach: “jest mi przykro, że to zrobiłeś”, “poczułem się dotknięty tym co powiedziałeś” itd.

Po szóste – pokochaj innych ludzi (jeśli już pokochałeś, a przynajmniej polubiłeś siebie). Zadanie pozornie niemożliwe, biorąc pod uwagę ile bezinteresownej podłości, złośliwości, okrucieństwa i głupoty oferują nam na co dzień nasi bliźni. Trudno też pokochać ludzkość w całości bo jak można pokochać miliardy ludzi, których się nie zna?

Całej ludzkości pokochać nawet nie próbuj – to nie jest twoje zadanie. Jak uda ci się pokochać jedną osobę to już wielka rzecz. Łatwo jest pokochać kogoś miłego, ładnego, życzliwego i nie ma w tym dużej zasługi. Ale jak pokochać wrednego chama? To jest właśnie prawdziwe wyzwanie i nie przyjdzie ci to szybko. Ale jest to możliwe i wielu się udaje.

Jeśli nie od razu możesz ich pokochać, to zacznij od tego, że przestaniesz ich krzywdzić, odpowiadać złem na zło. To leży w twoim interesie. Zemsta przynosi bowiem tylko pozorną radość na krótko, a zawsze rodzi wyrzuty sumienia, które potem przez lata będą ci zatruwać dobre samopoczucie. Po co ci ten dodatkowy bagaż?

Uraza do kogoś, noszona w sobie i podsycana przez lata niszczy człowieka od środka jak nowotwór. Za to jeśli się jednak jakoś przełamiesz i wybaczysz komuś, kto cię skrzywdził, natychmiast odczujesz wielką ulgę i radość. To się wydaje trudne jak postawienie kroku z zamkniętymi oczami, ale kiedy już to zrobisz, nagle stwierdzasz, że stoisz na twardym gruncie.

Teraz powiedz sobie tak: nie ma ludzi absolutnie złych, tak jak i nie ma absolutnie dobrych. Nawet największy zatwardzialec miewa czasem ludzkie odruchy. Niektórzy hitlerowscy zbrodniarze też podobno prywatnie mieli różne miłe cechy, choć oczywiście nie za to sądzono ich w Norymberdze.

O ile nie jesteś świętym, nie staraj się, oczywiście, pokochać wielkich zbrodniarzy, a przynajmniej nie od razu. Zacznij od kogoś z twojego otoczenia, do kogo czujesz – uzasadnioną lub nie – niechęć.

Pomyśl sobie, że identycznie jak ty, ma on ręce, nogi i głowę. A w tej głowie ma podobne do twoich emocje. Może też targają nim różne przykre uczucia, z którymi sobie nie radzi. Może z jego punktu widzenia próbuje jakoś wszystko ogarnąć tylko mu nie wychodzi i cierpi z tego powodu? A jedno jest pewne – podobnie jak ty, on również chciałby być szczęśliwy.

Staraj się dostrzec w innym człowieku to co dobre, a nie to złe, choćby te pozytywy były naprawdę niewielkie. Może ma jakieś umiejętności, o których ty możesz tylko pomarzyć? Może udało mu się czasem zrobić komuś coś dobrego?

Zadaj też sobie pytanie: jak ja bym postąpił na jego miejscu, z jego punktu widzenia? Może tak samo? Może obwiniam go, żeby samemu wypaść na jego tle lepiej? Czy ja sam nie mam aby takich samych wad? Czy jestem bez skazy? Czy nie zdarzyło mi się skrzywdzić innych? Psychologowie już dawno zauważyli, że często lubimy potępiać w innych to, co sami w sobie skrycie nosimy.

Z czasem okaże się, że im bardziej dostrzegamy w innym człowieku podobieństwo do siebie, tym bardziej zaczynamy go rozumieć, lubić, wybaczać. No a potem może i tak po ludzku pokochać. To bardzo podnosi samopoczucie.

I wreszcie kwestia pomocy bliźnim. Spróbuj komuś zrobić coś dobrego, podaj mu rękę w trudnej sytuacji, albo – jeśli nie możesz inaczej – przynajmniej wspomóż dobrym słowem, okaż, że go rozumiesz.

Natychmiast stwierdzisz jak dobrze się czujesz bo komuś pomogłeś. Tak naprawdę pomagając innym – pomagasz samemu sobie, swojej psychice. Czujesz się dzięki temu lepszy, potrzebniejszy, zaczynasz odnajdywać w życiu sens.

Po siódme – zrozum dlaczego świat wydaje się być okrutny, nielogiczny i bezsensowny. Tylko pozornie jest to bardzo trudne.

Kiedy słyszysz o masowym ludobójstwie, o cierpieniu dzieci, kiedy widzisz przypadkowe ofiary katastrof, czy kataklizmów, albo kiedy nawet czytasz na naszym portalu o facecie, którego zamordowała owca, zaczynasz wątpić czy to ma jakiś sens, czy świat został rzeczywiście stworzony przez dobrego Boga i czemu to ma służyć? Wielu ludzi traci w ten sposób wiarę.

No więc teraz wyobraź sobie wielki ocean, a obok jedną kroplę wody. Ten ocean to wieczne szczęście, o którym mówi nam wiara, które nie ma końca. A kropla – to nasze krótkie życie na tej ziemi. Jakie znaczenie w obliczu całego oceanu ma ta kropla? Nie ma żadnego.

Czy po 40 latach ma dla ciebie jakieś znaczenie, że w wieku 4 lat weszła ci w palec drzazga? Czy w ogóle o tym pamiętasz? Tak właśnie jest z wiecznością i z życiem na Ziemi. Wystarczy zestawić jedno z drugim i okazuje się, że to co z naszej ziemskiej perspektywy wydaje się przerażające, w perspektywie wieczności po prostu nie istnieje.

Jeśli jednak do oceny wszystkiego zaczniemy stosować tylko krótką perspektywę naszego małego świata, który akurat widzimy, jeśli za bardzo przywiązujemy się do przedmiotów i skali tego świata, to oczywiście każda strata i nieszczęście wydają się niewyobrażalne.

Czasem ludzie mają też inny problem egzystencjalny: zastanawiają się po co np. Bóg stworzył miliardy gwiazd, planet i galaktyk, które są oddalone od nas o miliony lat świetlnych i do których nie ma najmniejszej szansy, żebyśmy dotarli, a nawet się o nich kiedykolwiek dowiedzieli. Jak to się ma do twierdzenia, że Bóg stworzył cały świat dla człowieka i po co to było potrzebne?

Takie dylematy mają zazwyczaj ci, którzy wierzą, że ludzkim umysłem można wszystko zrozumieć, wytłumaczyć, uzasadnić. Gdyby to było możliwe to człowiek byłby Bogiem, ale tak nie jest. Takie przekonanie nazywa się: pycha.

Lekarstwem na nie jest zwykła pokora (nie mylić z upokorzeniem), która przyznaje, że człowiek ma bardzo ograniczone możliwości i choć bardzo by chciał, to nie może pojąć, ani ogarnąć wszystkiego, co stworzył Bóg, a tylko maleńką tego cząstkę, a i to nie do końca.

Innymi słowy – że są rzeczy dla ludzkiego mózgu aktualnie całkowicie niedostępne. Może kiedyś, po ziemskiej śmierci, będą. Ale nie teraz. Nie wdając się w głęboką filozofię można powiedzieć, że jest to zresztą dość oczywiste – bo niby czemu akurat ludzki mózg miałby wszystko ogarniać? Zaakceptowanie tego, że pewnych rzeczy po prostu nie jesteśmy w stanie zrozumieć, wbrew pozorom bardzo uspakaja.

Przy okazji warto pochylić się nad problemem starym jak świat, to znaczy nieszczęśliwą miłością. Niestety, nikt nie wynalazł na tę chorobę skutecznego lekarstwa. Ale jedno jest absolutnie pewne – z czasem to mija, niekiedy szybciej niż się człowiek spodziewa. Świat się od tego nie kończy, życie trwa dalej i na ogół przynosi lepsze rozwiązanie, choć teraz wydaje się to niemożliwe.

Pamiętaj też, że to, iż kogoś kochasz, wcale nie znaczy, że on ma kochać ciebie. Miłość nie jest posiadaniem na własność, ani przerabianiem kogoś na swoją modłę. Prawdziwa miłość akceptuje uczucia – lub ich brak – u innej osoby, podobnie jak jego odmienność.

Po ósme – pamiętaj, że złe uczynki zawsze rodzą kolejne złe uczynki, a z dobrych wyrasta dobro. W buddyzmie nazywa się to karmą. I to wcale nie jest żadna mistyka tylko zwykła fizyka, przyczynowość i logika.

Wystarczy, że chwilę zastanowisz się głębiej skąd naprawdę wziął się jakiś twój lub kogoś innego zły uczynek, przeanalizujesz wcześniejsze okoliczności, które do niego doprowadziły i pojmiesz, że świat opiera się na prostej zasadzie przyczyna – skutek. Zawsze.

Jak odwrócić skutki złych uczynków, żeby nie rodziły kolejnych? Na Wschodzie mówi się, że ogień gasi się wodą, a skutki złych uczynków – dobrymi. To wszystko.

Po dziewiąte – pieniądze szczęścia nie dają. Świat jest pełen przykładów bogatych ludzi, którzy byli tak nieszczęśliwi, że popełnili samobójstwo, a z drugiej strony – szczęśliwych biedaków. Dlaczego tak jest? Bo szczęście jest w tobie, a nie w zewnętrznych przedmiotach czy przyjemnościach, które możesz kupić za pieniądze.

Trwałego szczęścia nie znajdziesz nawet w innych ludziach i nie należy go całkowicie od nich uzależniać – mogą umrzeć, zdradzić cię lub odejść i powinieneś być gotowy, żeby to zaakceptować. A już na pewno zdradzą cię ci, którzy są z tobą za pieniądze.

Kretyńskie media i reklamy wmawiają ci, że będziesz szczęśliwy jeśli kupisz to czy tamto, jeśli będziesz dużo podróżował, oddawał się masowo rozrywkom. To, oczywiście wszystko bzdura produkowana przez konsumpcyjną propagandę, żeby wyciągnąć od ciebie pieniądze. Większości tych rzeczy w ogóle do niczego nie potrzebujesz, a już na pewno nie do szczęścia.

Z drugiej strony trudno jest żyć i skupić się na poszukiwaniu w sobie szczęścia, kiedy człowiekowi nie starcza na chleb, na mieszkanie lub wychowanie dzieci – to oczywiste. Nie będziemy ci tu udzielać rad w stylu kolejnego prezydenta: “zmień pracę i weź kredyt”, ale może czasem warto pomyśleć o jakimś podniesieniu kwalifikacji lub przyjrzeć się innym ofertom?

Po dziesiąte – nie obwiniaj się o nałogi, ale radź sobie z nimi. Każdy lekarz wie, że nałóg jest śmiertelną chorobą, która przychodzi niezależnie od woli człowieka. Gdyby alkoholik wiedział, na jakie piekło się skazuje w przyszłości, pewnie nigdy nie wziąłby do ust pierwszego kieliszka bo kto chce z własnej woli całe życie cierpieć?

Tak samo jak możesz zachorować na raka, czy cukrzycę, tak samo możesz mieć wrodzoną lub nabytą podatność na uzależnienia i nie masz na to wpływu. Jeden pije i może przestać w każdej chwili, inny – nie może.

Ale to nie znaczy, że jesteś skazany na zagładę. Terapeuci mówią bardzo mądrą rzecz: wobec nałogu jesteś bezbronny, ale nie bezradny. Nie zmienisz tego, że jesteś alkoholikiem i zawsze już nim będziesz, ale możesz powstrzymać rozwój choroby przestając pić i rozwijając swoją duchowość.

Samemu prawie na pewno ci się to nie uda – potwierdzają to światowe statystyki. Nie jest to bowiem kwestia twojej woli i samozaparcia, tak jak siłą woli nie wyleczysz cukrzycy. Nie jesteś z żelaza i bez pomocy ze strony lekarza i drugiego człowieka w końcu “pękniesz”.

Może jedna osoba na tysiąc potrafi zerwać z nałogiem bez pomocy terapii lub grup wsparcia. Pozostali – prędzej czy później – do niego wracają. Jeśli nie chcesz raz po raz nadeptywać na te same grabie, lepiej oszczędź sobie niepotrzebnego cierpienia i kłopotów i od razu zgłoś się na terapię lub do grupy wsparcia. Jest ich wiele i nietrudno je znaleźć choćby w Internecie. Tam się naprawdę dzieją cuda!

Żeby to zrobić musisz jednak najpierw przynajmniej przed samym sobą szczerze przyznać, że masz problem. Oszukiwanie siebie i zaprzeczanie nałogowi, wbrew temu co widzi i mówi ci całe otoczenie, jest częścią choroby alkoholowej – to jeden z mechanizmów, który pozwala alkoholikowi dalej pić. Na terapii, czy w grupie wsparcia zrozumiesz to natychmiast.

Rada jedenasta – relatywizuj nieszczęścia. Cierpisz? Zastanów się, czy będziesz tak samo cierpieć z tego powodu za 10-20 lat? Na 100 proc. – nie. Do tego czasu w twoim życiu pojawią się zupełnie inne problemy i radości i co innego będzie ci w głowie.

Nieszczęścia mają to do siebie, że zawsze mijają lub stają się mniej dotkliwe, człowiek przywyka, zaczyna sobie z tym radzić, a często po prostu o nich zapomina. W trudnej chwili pomyśl sobie, że miliony, a może miliardy ludzi teraz i dawniej oddałyby wszystko, żeby być teraz na twoim miejscu.

Jak twoje cierpienie ma się do tego, co przeżyli ludzie w okopach pod Verdun, w Powstaniu Warszawskim, w syberyjskich łagrach czy niemieckich obozach koncentracyjnych? A przecież to też byli żywi ludzie, to wszystko się działo realnie.

Pomyśl o milionach bezdomnych, głodujących, ciężko chorych i osieroconych na całej Ziemi. Czy nadal uważasz, że jesteś nieszczęśliwy? Pamiętaj, że nigdy nie jesteś w swoim cierpieniu sam – w tym samym momencie cierpią oni wszyscy, zdecydowana większość bardziej niż ty.

Rada dwunasta – nigdy nie porównuj się z innymi ludźmi, ani nie próbuj ich zmieniać. Sąsiad ma lepszy dom, koleżanka lepsze ciuchy, a kolega jest zdolniejszy ode mnie? A jakie to ma dla ciebie znaczenie kto co ma i jaki jest? Czy od tego coś się w twoim życiu zmienia?

Na świecie są i zawsze będą miliony ludzi od ciebie bogatszych i mądrzejszych i miliony biedniejszych i głupszych. I co z tego wynika? Nic. To po prostu nie ma żadnego znaczenia. Media kreują ci na co dzień kłamliwy obraz świata twierdząc, że ciągle musisz być najlepszy, pierwszy, najszybszy. Nigdy nie będziesz, a życie to nie jest żaden wyścig. Zawsze znajdzie się ktoś, kto skoczy dalej.

Jeśli nie chcesz oszaleć w tym wyścigu to po prostu nie bierz w nim udziału. Jesteś w czymś dobry? To rób to dalej, tylko pamiętaj, że przyjdzie kiedyś taka chwila, że z powodu wieku (choć młodzi ludzie nigdy w to nie wierzą 🙂 nie będziesz już miał tyle siły, ani chęci, ani zdolności i przyjdzie młodszy, który cię prześcignie.

A na końcu i tak nie zabierzesz do grobu tego wszystkiego co zgromadziłeś. Ciesz się tym, co masz teraz, ale pamiętaj, że kiedyś to wszystko się skończy, o ile wcześniej z powodu jakiegoś zdarzenia nagle tego nie stracisz.

Nie oczekuj też od innych, że będą robić, mówić i myśleć to co ty chcesz, albo że nie będą ci utrudniać życia. Będą. Taka ludzka natura, której nie zmienisz. To jest sprawa z kategorii tych, na które nie masz wpływu.

Prawda jest taka, że zwykłym gadaniem jeszcze nikt nigdy nikogo na świecie nie zmienił na lepsze. Jedyne co czasem działa na ludzi to dobry przykład osobisty. Pozostaje ci zaakceptować, że ludzie są jacy są i nauczyć się z nimi jakoś żyć. To o wiele bardziej rozsądne niż ciągła szarpanina, która i tak zakończy się porażką.

Bonus (zamiast rady 13 🙂 – to właściwie szereg dobrze znanych porad, które nie zaszkodzi przypomnieć: pamiętaj, że sport, wysiłek fizyczny produkuje w organizmie endorfiny, które wywołują uczucie szczęścia.

Nudzi cię sport? Znajdź sobie jakieś hobby, książki, zainteresowanie inne niż to, co robisz w pracy. Nic cię nie interesuje? Statystycznie jest to niemożliwe, po prostu nic jeszcze nie znalazłeś, szukaj dalej. Śmiej się kiedy się da – śmiech także produkuje endorfiny.

Szczególnie w stresujących i smutnych momentach staraj się nie siedzieć bezczynnie ale natychmiast znajdź sobie jakieś pożyteczne zajęcie, nawet niezbyt mądre (tylko nie wpadnij w pracoholizm) lub jakąś rozrywkę, byle nie alkohol, gdyż on pomoże tylko na chwilę, a potem będzie jeszcze gorzej.

Uprawiaj medytacje, módl się, a także stosuj odprężające wizualizacje wyobrażając sobie np. przyjemne krajobrazy lub cokolwiek, co ci sprawia radość. Pozwól działać wyobraźni – to bardzo pomaga w trudnych chwilach.

I to już wszystko co mamy ci do powiedzenia w kwestii radzenia sobie z życiem. Nie traktuj tego jak 10-ciu przykazań bo to nie jest tekst religijny. Potraktuj to jako 12 zwykłych i prostych rad ludzi, którzy dobrze poznali życie i wiedzą o czym mówią. Możesz je przyjąć lub odrzucić. To już twój wybór.

Czasem wracaj sobie do tego tekstu, bo pamięć jest ulotna. Możesz go też polecić innym, gdyż powstał z empatii do ludzi, nie na podstawie rozważań teoretyków, ale smutnych doświadczeń tych, którym w życiu nie wyszło i tych, którym mimo przeciwności udało się “złapać szczęście za nogi”. Tobie też się uda, jeśli zechcesz i spróbujesz. Powodzenia!

Obejrzyj sobie przy okazji ten fragment filmu. Daje do myślenia.

Czytaj także: Jak się nie obżerać? Genialnie prosty darmowy trick terapeutki z Londynu

Reporters.pl

Czytane w tym tygodniu

Sorry. No data so far.

To dziś jest na TOP-ie!

To najczęściej czytacie!

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow