“Armia Krajowa wymordowała 10 tys. białoruskich cywilów!” Szokujący podręcznik Łukaszenki

By Dział: Historia Społeczeństwo W popularnych | 22 listopada 2016

Nie wierzycie? To zajrzyjcie sobie do podręcznika do klasy 10-ej “Historia Białorusi w latach 1917-1945” autorstwa Jewgienija Nowika. On wam dopiero uzmysłowi jakimi strasznymi ludobójcami byli Polacy!

Oto cytat ze wspomnianego “dzieła”, z którego muszą się uczyć historii dzieci na Białorusi, w tym także z rodzin mniejszości polskiej:

“W latach 1943-1944 akowcy prowadzili działania bojowe przeciwko sowieckim partyzantom i konspiratorom, oddziałom Armii Czerwonej i wszystkim tym, którzy nie popierali idei odrodzenia państwa polskiego w granicach z 1939 r.

W 1944 r. oddział akowców spalił wieś Łukasze w rejonie zasławskim Obwodu Mińskiego wraz z mieszkańcami. W tym samym roku zniszczone też zostały wsie Turejsk i Zaborje w rejonie Żełudka Obwodu Baranowickiego.


Ofiarami działalności akowców w Białorusi stało się 10 tys. obywateli BSSR. Byli to przede wszystkim pokojowo nastawieni mieszkańcy, rodziny partyzantów, przedstawiciele narodowej białoruskiej inteligencji” – pisze autor białoruskiego podręcznika.

Jednocześnie ukraińskim ludobójcom z UPA poświęca on tylko jedno zdanie: “OUN-owcy, których lud nazywał banderowcami, walczyli przeciwko hitlerowcom i bolszewikom o niepodległą Ukrainę”. O ich zbrodniach nie ma ani słowa. Wychodzi więc na to, że Polacy i tylko Polacy byli – obok Niemców – ludobójcami.

Przypomnijmy, że przeciwko wyssanym z palca oskarżeniom białoruskich autorów pod adresem Armii Krajowej protestował już w 2008 r. na swoim blogu Andrzej Poczobut – działacz Związku Polaków na Białorusi i publicysta dokumentujący historię AK na terenie tego kraju.


“Po pierwsze: co to znaczy “spalone wsie”? – pytał. “Na Białorusi na skutek rozdmuchania tematu Chatynia (wieś, którą według historyków sowieckich wymordowali Niemcy. W większości zresztą polska, co pomijane jest na Białorusi milczeniem – przyp. red.), każdy widzi następujący obraz: oddział wojskowy otacza wieś, zagania wszystkich mieszkańców do wielkiej stodoły i podpala. Ludzie płoną żywcem”. Armia Krajowa NIGDZIE i NIGDY niczego podobnego nie robiła.

Po drugie: skąd pochodzą te informacje o rzekomo spalonych przez AK wsiach? Z raportów sowieckich partyzantów, ale nawet oni nie twierdzą, że “AK paliła jak w Chatyniu”. Chodziło jedynie czasem o wymierzenie kary “majątkowej” za kolaborację z sowietami poprzez spalenie samych zabudowań.

Wartość partyzanckich dokumentów sowieckich jest bardzo znikoma i nie poparta żadnymi innymi źródłami. Oto przykład: Według raportu radiowego Stiepana Szupeni z Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego, w nocy z 24 na 25 lutego 1944 r. “bandy białopolaków” spaliły dwie wioski – Turejsk i Zaboże na Ziemi Szczuczyńskiej. Według niego, spalono je doszczętnie. Masakra itd.

Ale już 15 marca 1944 r. sowiecki oddział partyzancki “Krasnogwardiejski” raportował, że na strzechach (rzekomo spalonej) wioski Turejsk ukrywają się “białopolscy bandyci” (tak sowieci nazywali AK – przyp.), którzy w dodatku ostrzelali sowieckich partyzantów.

Według polskich źródeł, domy w wioskach zapaliły się w czasie boju z sowietami kiedy AK usiłowała bronić mieszkańców przed sowiecką “akcją gospodarczą” (tak sowieci nazywali swój rabunek polskich wsi).

Ponadto według źródeł sowieckich, w marcu 1944 r. akowcy mieli jakoby spalić 28 chutorów i wieś Berezowce Wielkie w rejonie Wasiliszek, rozstrzeliwując 30 chłopów, a w rejonach Zasławskim i Dzierżyńskim – 11 białoruskich wsi i zabili 200 pokojowo nastawionych mieszkańców.

Zauważmy, że jedyna konkretna nazwa jaka pada, to rzekomo spalone Berezowce Wielkie. Reszta – nie wiadomo jak się nazywała i gdzie leżała. Tymczasem wspomniane Berezowce w ogóle nie zostały spalone!

W marcu 1944 r. oddział AK polował tam na zdrajcę i agenta NKWD Kazimierza Alchimowicza, któremu sowieci powierzyli dowodzenie komunistycznym “polskim oddziałem partyzanckim im. Wandy Wasilewskiej” – faktycznie była to specgrupa NKWD.

Wywiad AK dowiedział się, że Alchimowicz ma swoich ludzi w Berezowcach, więc czekano tam na niego. Kiedy się pojawił wraz z NKWD-zistami, rozpoczęła się bitwa, ale zdrajca wyrwał się z pułapki. W czasie walki zapaliło się kilka domów.

Niewykluczone – choć to tylko przypuszczenie – że jakieś domy mogły zostać spalone po bitwie jako kara za współpracę z Alchimowiczem. AK rozstrzelała też kilku schwytanych członków jego grupy. A “doszczętnie spalona” wieś istnieje sobie w najlepsze do dziś” – zauważa Andrzej Poczobut.

Warto też pamiętać, że na dzisiejszej Białorusi to sowieci rozpoczęli znienacka masowe mordowanie członków Armii Krajowej, zwabiając ich często pod pozorem wspólnych “sojuszniczych” narad, rzekomo w celu walki z Niemcami.

Oni też pierwsi zaczęli stosować odpowiedzialność zbiorową, zabijając członków rodzin partyzantów drugiej strony. Takie instrukcje otrzymywali oni z Moskwy, jeszcze zanim ZSRR zerwał stosunki dyplomatyczne z polskim Rządem Londyńskim po ujawnieniu Zbrodni Katyńskiej.

M.in. na 5 Plenum KC białoruskiej partii komunistycznej w dniach 28-29 lutego 1943 r. szef Centralnego Sztabu Ruchu Partyzanckiego Pantelejmon Ponomarenko nakazał swoim podwładnym zniszczyć “polskie podziemie nacjonalistyczne”.

Od razu po tym rozkazie liczba starć między AK i sowieckimi partyzantami gwałtownie wzrosła a stosunki Londyn – Moskwa zostały zerwane dopiero 25 kwietnia 1943 r. – przypomina Andrzej Poczobut.

“Jeśli ktoś na Białorusi chce się licytować z Polakami na ilość ofiar, to uwierzcie – mamy co pokazać. Chcecie licytować się, kto był bardziej krwiożerczy?” – pisze publicysta i przypomina, że dowództwo AK trzymało swoich żołnierzy w srogich ryzach.

Np. 5 czerwca 1943 r. komendant Okręgu Nowogródzkiego AK płk Janusz “Prawdzic” Szlaski wydał rozkaz kategorycznie zabraniający samowolnej likwidacji kogokolwiek bez wyroku Sądu Wojskowego AK. Złamanie tego rozkazu karano śmiercią” – przypomina Poczobut.

I co bardzo ważne – działania AK w czasie wojny partyzanckiej nie miały żadnych znamion etnicznych. Wśród ofiar walk i kolaborantów, na których wykonywano wyroki byli zarówno Białorusini, Polacy, jak i Żydzi. Nie zginęli za przynależność etniczną, tylko za współpracę z NKWD lub Niemcami” – podkreśla Andrzej Poczobut.

Tymczasem w Białoruskich szkołach pod rządami Łukaszenki – również tych, do których chodzą dzieci z rodzin mniejszości polskiej – nadal uczy się je o rzekomych “zbrodniach AK i paleniu wiosek”, których dokonać mieli ich żyjący jeszcze czasem dziadkowie i pradziadkowie.

A skąd białoruski “historyk” Jewgienij Nowik wziął liczbę “10 tys. Białorusinów wymordowanych przez Armię Krajową” – pozostaje niezgłębioną tajemnicą. W tym wszystkim dziwi tylko to, że Ambasada RP w Mińsku z Ambasadorem Konradem Pawlikiem na czele, która ma święty obowiązek walczyć ze szkalowaniem dobrego imienia Polski, nie podejmuje w tej sprawie żadnych działań.

Dodajmy, że w marcu na ekrany białoruskich kin ma też wejść finansowany przez władze Łukaszenki film fabularny “Ślady na wodzie” o “dzielnych NKWD-zistach zwalczających zbrodniarzy z Armii Krajowej, którzy palili, mordowali i gwałcili”.

Jak widać osławiona “odwilż polityczna” na linii Warszawa – Mińsk zaczyna przybierać coraz ciekawsze formy…

Czytaj także o tym, jak ten sam białoruski autor podręcznika kwestionuje sowiecki mord Katyniu: “Nie ma dowodów, że Polaków w Katyniu mordowało NKWD”. Polska Ambasada milczy (FOTO)

Reporters.pl

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow