Realpolitik czy realidiotik? O co nam właściwie chodzi z Białorusią?

By Dział: Polityka | 22 marca 2017

Patrząc na naszą politykę wschodnią sam już nie wiem co jest dla niej większym nieszczęściem: czy dyplomacja dawnych zdrajców, czy obecnych idiotów.

Zwolennicy tzw. realnej polityki wobec Wschodu w polskich władzach tak naprawdę niczym nie różnią się od giedroyciowskich proroków snujących bajkowe mrzonki o odbudowie na Wschodzie Rzeczypospolitej Wielu Szczęśliwych Narodów.

Różnica między nimi jest tylko taka, że “giedroyciowcy” pałają chęcią poświęcenia wszystkich polskich interesów na rzecz “słabszych i pokrzywdzonych” narodów Litwy, Ukrainy i Białorusi, a “realpolitikowcy” chcą w ten sam sposób poświęcić je dla tamtejszych władz.

Jedni i drudzy są święcie przekonani, że realizują w ten sposób jakieś długoterminowe interesy Polski. Jedni i drudzy żyją w wirtualnym świecie swoich wyobrażeń, który nie ma nic wspólnego z tym co naprawdę dzieje się za naszą wschodnią granicą.


“Realpolitikowcy” uważają się jednak za większych “politycznych twardzieli” bo bardzo ich kręci demonstracyjne olewanie takich niemodnych bzdur jak prawa człowieka i standardy demokratyczne. Nie rozumieją, że odrzucając je, odzierają własną psychikę z ludzkich wartości, ale to już ich problem.

W tym ich pędzie do kumplowania się z dyktatorami tylko dlatego, że są dyktatorami, jest coś z ukrytych marzeń o potędze, ale przede wszystkim jest to odreagowanie nieznośnego giedroyciowego pouczania i bajdurzenia salonowych elit, którym karmili nas od lat rodzimi publicyści od Wschodu, nie zdając sobie sprawy jacy są w tej swojej “nieomylności” irytujący.

To salonowe bajdurzenie w przypadku Ukrainy przyniosło zresztą fatalny skutek – wyhodowało w Polsce olbrzymią grupę ludzi, którzy z czystej przekory – bo nikt nie lubi być pouczany i traktowany jak głupek – zaczęli “na złość salonowi lubić Rosję”.


Salon odpowiedział histerycznym kwikiem, oskarżając każdego kto nie podziela jego zachwytu Majdanem i powie choćby jedno słowo nie tak o Ukrainie, że jest “agentem Putina”. Pojawiły się całe czeredy nieustraszonych “ekspertów od tropienia rosyjskiej agentury”, których heroiczne wyczyny z wypiekami śledziły mainstreamowe media od lewa do prawa.

Jak zachowa się człowiek, który wie, że nie jest agentem Putina, a którego się o to nieustannie oskarża? Mądry – po prostu to zignoruje bo co tu kopać się z koniem. Bardziej zapalczywy i mniej krytyczny – zacznie na złość udowadniać, że “Rosja wcale nie jest straszna”, a znajdzie się i głupek, który powie: “Aha, tak? To proszę bardzo. Będę agentem Putina!” i zasili szeregi rosyjskich trolli.

Jestem święcie przekonany, że to nikt inny jak “majdanowy salon” w Polsce wyhodował tabuny miłośników Rosji, bezmyślnie zapędzając do narożnika i wpychając w tę rolę wielu ludzi, szczególnie ze środowisk kresowych, którzy normalnie mieli gdzieś Putina, a nawet byli wcześniej wobec niego niechętnie nastawieni.

To właśnie wasze nieustanne piętnowanie, pouczanie z wyżyn waszego autorytetu, zabranianie mówienia o Wołyniu, wzywanie do przemilczania historii w imię “przyjaźni z Ukrainą” stworzyło problem, którego nie byłoby, gdybyście kierowali się rozsądkiem, a nie bezkrytyczną euforią, albo zwyczajnie milczeli i nie wciskali wszystkim na siłę tej “miłości”.

Wasza skrajność zrodziła skrajność po drugiej stronie – bo taka jest ludzka psychologia. No ale dzięki temu macie przynajmniej kogo zwalczać w Internecie, więc możecie się nadal czuć potrzebni.

Obecnie zainteresowanie Ukrainą w Polsce i emocje wokół niej wyraźnie jednak przygasły bo w końcu ile można z zapartym tchem śledzić komunikaty z Donbasu, że dziś armaty wystrzeliły 125 razy, a wczoraj 138 razy i jeden żołnierz został ranny w rękę.

Do ostudzenia “majdanowego zapału” w Polsce przyczyniły się zresztą wydatnie same władze ukraińskie, które tak nachalnie czczą Banderę i UPA, a do tego kradną na potęgę, że już tylko ślepy mógłby tego nie widzieć. Tak więc nawet wielu ludzi życzliwych Ukrainie woli już na to nie patrzeć i mówi: “tak, tak popieramy was, ale pogadajmy o czymś innym”.

O czym? Oczywiście o Białorusi. Po latach zapomnienia ponownie wchodzi ona na czołówki mediów i na Twittery polityków bo “nagle” okazało się, że może jej grozić aneksja przez Rosję, a do tego zaczęły tam wybuchać największe protesty od początku rządów Łukaszenki.

Oczywiście i o planowanych manewrach, w ramach których na Białoruś przybędzie we wrześniu 1 Armia Pancerna Rosji (i już prawdopodobnie nie wyjdzie) i o protestach w sąsiednim kraju pisaliśmy od dawna, ale do umysłów mainstreamu wszystko przebija się powoli, a do umysłów naszej dyplomacji jeszcze wolniej.

A może w ogóle by się nie przebiło, zanim pewnego ranka ktoś obserwujący drugą stronę Bugu nie krzyknąłby: “Ojej, rosyjskie czołgi!”. Na szczęście jak zwykle w takiej sytuacji z pomocą przyszedł sam Łukaszenka, który najpierw postanowił zlikwidować polskie szkoły, a potem ogłosił, że złapał kilkudziesięciu uzbrojonych terrorystów “finansowanych z Polski”.

No, jak biją naszych – w tym przypadku szkoły Polaków na Białorusi – i jak nas samych o coś oskarżają to już inna bajka. Uwaga polskich mediów i polityków natychmiast przełączyła się na Mińsk i Grodno.

Podobnie było zresztą w 2005 r. Wcześniej nikt się w Polsce przez 15 lat na poważnie Białorusią nie interesował, włącznie z pałowaniem opozycji, fałszowaniem wyborów, zabijaniem konkurentów, wsadzaniem do więzień tysięcy ludzi i innymi podobnymi nudziarstwami, zanim Łukaszenka nie zdelegalizował ZPB. Trudno się zresztą dziwić, w końcu bliższa koszula ciału.

Zaglądamy więc na Białoruś i co widzimy? Ministra Waszczykowskiego złączonego w miłosnym uścisku z Aleksandrem Łukaszenką w ramach tzw. realpolitik. Ale jak to? To my do niego z miłością, chcemy go “wyrwać go z łap Putina” a on nam tak?

Wyjaśnienie tego fenomenu polskiemu społeczeństwu pozostawmy samemu ministrowi Waszczykowskiemu i zastanówmy się lepiej na czym polega owa “realpolitik” wobec Białorusi, która doprowadziła do tej sprzecznej z tradycyjną ludzką logiką postawy polskiego MSZ. Gdyby ją najkrócej streścić, to brzmiałaby ona jakoś tak:

“Dość wspierania walki o demokrację i prawa człowieka, zamknijmy telewizję Biełsat i nie drażnijmy nią dyktatora, dajmy mu kredyty, a on odwdzięczy się nam tym, że dalej będzie przemycał nasze jabłka do Rosji, odda nam połowę swoich fabryk, zacznie przestrzegać praw Polaków, a potem – kto wie – może nawet wstąpi do NATO bo on bardzo tego chce, tylko chwilowo nie może”.

Zdumiewa mnie ta łatwość z jaką nasi dyplomaci i publicyści potrafią tak trafnie wyczytać skryte marzenia w umyśle Łukaszenki bo ja sam po prawie 30 latach codziennego zajmowania się Białorusią i Wschodem nijak się tego nie nauczyłem. Ale mniejsza o to, widać jestem na to za głupi i nie posiadam tej “tajnej gabinetowej wiedzy” jaką mają nasi mężni dyplomaci.

Zawsze jednak myślałem, że realpolitik polega na tym, żeby uzyskiwać dla swojego kraju konkretne wymierne korzyści, nie oglądając się za bardzo na to, czy się to władzom sąsiedniego kraju podoba czy niekoniecznie.

W przypadku Łukaszenki wyobrażałem sobie, że wiedząc, iż ma on rosyjski nóż na gardle, pustą kasę i wściekłe społeczeństwo postawimy mu twarde warunki: legalizujesz ZPB, dajesz zgodę na 10 nowych polskich szkół, wyrzucasz szkalowanie polskiej historii z podręczników, deklarujesz że nie masz nic do NATO i może jeszcze dorzucasz po dobrej cenie udziały w przetwórstwie ropy.

Masz na to miesiąc, no może dwa i jeśli się spiszesz to staniemy za tobą murem. Nie tylko nie będziemy ci szkodzić w Europie, ale zaczniemy wszystkich przekonywać, że trzeba w ciebie zainwestować, a może i sami coś damy, oczywiście pod warunkiem, że nie będziesz brutalnie gnoił opozycji.

Widać i tym razem byłem w błędzie bo po upływie półtora roku w wydaniu ministra Waszczykowskiego, jego urzędników i publicystów wspierających to “nowe podejście do Białorusi” owa realpolitik polega na ustępowaniu Łukaszence we wszystkim bez uzyskiwania czegokolwiek w zamian.

My – zamykamy Biełsat, a on – jedyne dwie polskie szkoły. My – ślemy do niego misje gospodarcze i czułego ministra, on – nie legalizuje ZPB. My – przyjmujemy na sejmowych salonach jego marionetkowych “parlamentarzystów”, on – chwali Lenina i Stalina i oskarża nas, że finansujemy u niego terrorystów. My – wychwalamy jego “prozachodnie aspiracje”, on – bez mrugnięcia wpuszcza całą ruską armię pancerną i deklaruje że chce ginąć za Rosję.

O tym, że zajadłego komunistę – miłośnika “ruskiego miru” zrobił ministrem edukacji i znowu powsadzał 250 protestujących na ulicach osób już nawet szkoda gadać. Taka to ta nasza “realpolitik”, równie “skuteczna” jak Wschodnie Partnerstwo Sikorskiego i jagiellońskie majaczenia pięknoduchów spod znaku Giedroycia.

Marek Bućko

Czytaj także: Macie waszą „przyjaźń z Łukaszenką”! Koniec szkół polskich na Białorusi! (WIDEO)

Nowa Platforma 5Portali+1 Przeglądaj wygodnie aż sześć polskich serwisów informacyjnych na raz!

Reporters.pl

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow