Białoruska milicja oskarża studenta-opozycjonistę o teleportację!

By Dział: Przestępczość i Terror Społeczeństwo | 14 kwietnia 2017

Rozdwoił się i przebywał na raz w dwóch różnych miejscach – wynika z zeznań białoruskich milicjantów.

Bloger Roman Protasiewicz oberwał już od milicji nie raz i właśnie odsiedział kolejne 10 dni aresztu za udział w opozycyjnej pikiecie 26 marca, kiedy po wyjściu na wolność dostał wezwanie na nowy proces – tym razem ma odpowiadać za udział w akcji w obronie uroczyska Kuropaty – miejsca dawnych masowych sowieckich egzekucji, które władze Mińska chciały zabudować.

Pikieta w dniu 25 lutego br. – jak każda zresztą niezależna akcja na Białorusi – była zdaniem władz nielegalna. Według zeznań milicjantów, Protasiewicz przebywał na niej przez 10 godzin – wykrzykiwał hasła i machał zakazaną przez reżim biało – czerwono – białą flagą. Funkcjonariusze twierdzą, że kilka razy uprzedzali go, aby przestał, ale nie reagował.

I pewnie na podstawie ich zeznań student wylądowałby ponownie w areszcie, gdyby nie drobny fakt: dokładnie w tym samym czasie przebywał w zupełnie innym miejscu, a mianowicie na własnej uczelni, gdzie zdawał egzamin na Wydziale Dziennikarstwa Białoruskiego Uniwersytetu Państwowego.


Prawdziwość jego zeznań może potwierdzić wpis w indeksie, a przede wszystkim świadkowie, w tym dwoje wykładowców tej uczelni, którzy byli obecni na egzaminie. Student dostarczył też sądowi oficjalne zaświadczenie od dziekana, z podpisem i pieczęcią.

Białoruscy milicjanci idą jednak w zaparte: widzieli Protasiewicza przez wiele godzin w Kuropatach i nie mają żadnej wątpliwości, że to był on. Skonsternowany sędzia poprosił więc funkcjonariuszy aby wyjaśnili, jak to ich zdaniem możliwe, że student mógł w tym samym czasie przebywać w dwóch różnych miejscach.

Z ich bełkotliwych zeznań wynikało, że najwyraźniej znalazł on jakiś sposób aby być i tu i tam. Wywołało to dużą wesołość na sądowej sali i nawet sam sędzia z trudem tłumił śmiech. Najwyraźniej bowiem białoruska milicja dopuszcza możliwość teleportacji białoruskich opozycjonistów.


Nie mogąc rozstrzygnąć tej kwestii sędzia odroczył więc proces i wezwał na następną rozprawę w charakterze świadków obu wspomnianych wykładowców obecnych na egzaminie. Jednak najwyraźniej w tym czasie białoruskie służby zdążyły już nad nimi “popracować”. Pomimo, że dostali oficjalne wezwania, żaden z nich nie stawił się w sądzie. Sprawę znowu odroczono.

Protasiewicz udał się więc na swoją uczelnię, żeby wyjaśnić dlaczego się nie pojawili aby potwierdzić jego zeznania. Na jego widok wykładowcy woleli się jednak ukryć, a kiedy w końcu “dopadł” swoją panią profesor ta w ogóle nie chciała z nim rozmawiać i oświadczyła kategorycznie, że do żadnego sądu nie pójdzie.

Student udał się więc do dziekana, który wydał mu wcześniej zaświadczenie dla sądu. Ten jednak również najwyraźniej pożałował już, że to zrobił. On także nie chciał rozmawiać, mówiąc jedynie, że ani on, ani wykładowcy “nie będą się mieszać do tego gówna”.

Koledzy namawiają studenta aby publicznie podał nazwiska tych “dzielnych wykładowców”, ale najwyraźniej chłopak postanowił się nad nimi zlitować. “To dobrzy ludzie. Nie mam do nich pretensji, nawet w pewien sposób ich rozumiem” – przyznaje.

Cóż, to właśnie dzięki takim “dobrym ludziom, którzy nie chcą się mieszać” wszystkie zbrodnicze reżimy w historii mogły i nadal mogą bezkarnie zgnoić dowolną niewinną osobę.

Czytaj także: Saryusz-Wolski: nie wolno dawać pieniędzy Łukaszence!

Nowa Platforma 5Portali+1 Przeglądaj wygodnie aż sześć polskich serwisów informacyjnych na raz!

Reporters.pl 

Powiązane artykuły

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow