Oko w oko z rozwścieczonym łosiem! 12 godzin terroryzował całą rodzinę (WIDEO)

By Dział: Ciekawostki | 10 czerwca 2016

Tej nocy białoruska rodzina z Homla nie zapomni do końca życia. W niedzielny wieczór pani Swietłana podlewała kwiatki w przydomowym ogródku. Obok bawił się jej 10-letni syn Władik, a w wózeczku spała mała Żenia. Nagle tę sielankę przerwał głośny ryk zza płotu, a za chwilę oczom przerażonej rodziny ukazał się… ogromny łoś!

“Przeszedł przez 2-metrowy płot. Nie musiał nawet skakać, bo sam ma nogi 2-metrowej długości. Po prostu przeszedł i ruszył prosto na dzieci. “Swieta chwyciła córeczkę z wózka i uciekli za ogrodzenie” – opowiada Natalia, siostra pani Swietłany.

Był to jednak dopiero początek horroru, który przeżyła cała rodzina, bowiem łoś – podobnie jak pani Swietłana – nie był chyba zachwycony tym spotkaniem. Zdenerwowane zwierzę to zastygało w bezruchu, to zaczynało gwałtownie miotać się po niewielkim podwórku, demolując i depcząc wszystko, co spotkało na swojej drodze.

Na krzyk kobiety zbiegli się sąsiedzi, zaczęto dzwonić do służb ratunkowych. Okazało się jednak, że żadne służby nie chcą schwytać łosia, ani nawet wypędzić go z ogrodu.


“W Ministerstwie ds. Sytuacji Nadzwyczajnych powiedzieli nam, że nie przyjadą bo nie mają sprzętu do odstrzeliwania zwierząt. Potem przyjechali leśnicy, ale tylko popatrzyli i oświadczyli, że nie mają prawa strzelać do zwierząt na prywatnych posesjach” – opowiada Natalia.

W końcu wszyscy się rozeszli, a na miejscu znowu została tylko skonsternowana rodzina i łoś, który w tym czasie kontynuował demolkę działki i rozwalił kurnik. Ludziom jakoś udało się dobiec do drzwi swojego domu i zamknąć się w nim.


To czemuś znowu bardzo zdenerwowało zwierzę, które zaczęło walić rogami w ściany i okiennice. “To było straszne widzieć jego mordę w oknie, kiedy łypał na mnie swoim wielkim okiem. Z rogów odpadały mu jakieś krwawe strzępy, z gęby toczył pianę. Może chciał pić, a może był wściekły?” – opowiada roztrzęsiona kobieta.


“Na jego pysku malowała się jakby prośba: pójdę sobie, tylko pokażcie mi wyjście. Ale jak mu pokazać? Jak mąż wyszedł, żeby mu chleba podrzucić, to temu sierść dęba stanęła, zaczął bić kopytami. Mąż nawet do domu nie zdążył dobiec, zamknął się w szopie” – relacjonuje pani Swietłana.

Przerażona rodzina spędziła bezsenną noc. A rano okazało się, że łoś zniknął. Dokąd poszedł? – nikt nie zauważył. “Dziwne, że żadna służba nie zareagowała. Nigdy jeszcze nie czuliśmy się tacy bezbronni. Wszystko się dobrze skończyło, ale przecież różnie mogło być” – mówi siostra “ofiary łosia”.

Tymczasem Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych usiłuje wytłumaczyć swoją bezczynność tym, że wypędzanie łosia z ogrodu “nie figuruje w urzędowym wykazie działań ratunkowych”.

“W takich sytuacjach – zgodnie z instrukcją – powinniśmy poinformować wszystkie ministerstwa: Urząd Spraw Wewnętrznych, drogówkę, dyżurnego służb komunalnych, służbę leśną, głównego specjalistę kraju ds. łowiectwa, służby weterynaryjne oraz Inspekcję Ochrony Środowiska przy Prezydencie. Tak też zrobiliśmy” – wyjaśnia rzeczniczka Ministerstwa Ksenia Szingerej.

Cóż, może i dobrze się stało, że łoś sam sobie poszedł, bo alarm w tylu służbach całego kraju mógłby jeszcze doprowadzić do jakiejś wojny domowej, albo co najmniej do masowych zamieszek. A gdyby jednocześnie ruszyły one do akcji straty mogłyby się okazać znacznie większe niż demolka dokonana przez łosia.

Co innego, gdyby okazało się, że łoś rozdaje jakieś zakazane ulotki, albo wznosi nieprawomyślne hasła. W takiej sytuacji reakcja odpowiednich białoruskich służb na pewno byłaby błyskawiczna i skuteczna.

Reporters.pl

Czytane w tym tygodniu

Sorry. No data so far.

To dziś jest na TOP-ie!

To najczęściej czytacie!

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow