Godni poprzednicy trabanta. TOP-15 najbardziej koszmarnych samochodów świata (FOTO)

Oto co się dzieje, gdy wiedza techniczna schodzi na manowce, nie nadążając za wyobraźnią.

Światowa myśl techniczna, która w końcu zrodziła słynne NRD-owskie cudo, podążała niekiedy krętymi ścieżkami i wydawała na świat naprawdę zdumiewające potworki. Przyczyną większości z tych nieszczęść były zazwyczaj próby konstruktorów aby “ulepszyć” coś, co dotychczas było całkiem niezłe.

Niekiedy była to też chęć udowodnienia całemu światu, że głęboko się myli w swoich wyobrażeniach o dobrych samochodach i ich roli w życiu człowieka. Czasem pewne znaczenie miała chciwość producentów. Niestety, tę “radosną twórczość” niektórych inżynierów wielu użytkowników przypłaciło potem życiem.

Fatalnych modeli aut wyprodukowano w historii setki. O ile jednak ostatnio możemy już tylko narzekać na słabsze niż oczekiwaliśmy parametry lub gorszą jakość, to przynajmniej wśród producentów istnieje pewna zgoda co do tego, czym w ogóle jest samochód i jak – mniej więcej – powinien wyglądać.


Nas natomiast o wiele bardziej zafascynowały te momenty, kiedy idee w głowach konstruktorów usiłowały jakby wyrwać się w zupełnie innym kierunku, kierowane impulsami w rodzaju: “czy nie sądzicie, że 6 kół i wypełniona paliwem końska głowa z przodu to świetny pomysł?”

1899 – Horsey Horseless. U podstaw tej konstrukcji legła chęć uspokojenia nerwów koni, które na przełomie XIX i XX wieku współużytkowały drogi z automobilami i bardzo się na ich widok płoszyły.


W głowie wynalazcy Uriaha Smitha zrodził się więc pomysł, aby “zmylić konie”, montując na przodzie pojazdu wielki drewniany koński łeb, dzięki czemu inne rumaki będą go uważały “za swojego”. W środku łeb ten miał być wydrążony i wypełniony paliwem.


Całe szczęście, że rozwiązanie to pozostało prawdopodobnie tylko na papierze lub w fazie prototypu, gdyż można sobie wyobrazić, co by się działo przy zderzeniach i ile ofiar pochłonęłyby eksplodujące i płonące końskie łby.

1911 – Overland OctoAuto. Konstruktor Milton Reeves kategorycznie odrzucił ideę czterech kół uznając, że “8 kół to znacznie lepiej”, gdyż zapewni bardziej płynną jazdę. Wziął więc całkiem niezłego Overlanda z 1910 r., dospawał mu dwie dodatkowe osie i zamontował 4 dodatkowe koła.

Tego samochodowego Frankensteina o długości ponad 6 metrów z dumą zaprezentował na wyścigu Indianapolis 500. Niestety, liczba złożonych zamówień na ten model wyniosła: 0. Reeves nie dawał jednak za wygraną i w następnym roku wypuścił model 6-kołowy – Sexauto. Sądząc z tego, że samochody mają dziś jednak 4 koła, ten pomysł również nie spotkał się ze zrozumieniem.

1913 – Scripps-Booth Bi-Autogo. Zrodził się w głowie bogatego inżyniera-samouka Jamesa Scrippsa-Bootha. Był to właściwie masywny motocykl ważący prawie 1,5 tony z 8-cylindrowym silnikiem V8 i mnóstwem miedzianych rur.

Tyle, że poruszał się na dwóch drewnianych kołach, choć przy mniejszych prędkościach możliwe było spuszczenie na ziemię dodatkowych bocznych kółek stabilizujących. Nawet jak na poglądy panujące w 1913 r. uznano ten pojazd za “dziwaczny”. Mimo to należy oddać mu cześć – był to pierwszy pojazd jaki wyjechał z zakładów w Detroit z silnikiem V8, więc przeszedł do historii.

1933 – Fuller Dymaxion. Problem konstruktora R. Buckminstera Fullera polegał na tym, że nie był pewien, czy chce zbudować samochód, czy samolot i w końcu postanowił zbudować samochód z nadmuchiwanymi skrzydłami napędzany silnikami odrzutowymi. Skrzydła miały się rozkładać kiedy samochód miał polecieć.

Niestety, skrzydeł nigdy nie udało się dobudować, w efekcie czego to blaszane monstrum mogło sunąć tylko po drodze na swoich trzech kołach, przy czym to pojedyncze – z tyłu – obracało się na boki jak statecznik samolotu, szarpiąc pojazdem w lewo i w prawo. Aby temu zaradzić, w kolejnym modelu dobudowano więc statecznik na dachu.

Niestety, próba kierowania tym “samochodem” zakończyła się groźnym śmiertelnym wypadkiem i społeczeństwo zdecydowanie powiedziało tej myśli technicznej: nie. Fuller Dymaxion nigdy nie wszedł do produkcji masowej.

1934 – Chrysler/DeSoto Airflow. Na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem sympatycznym autem, gdzie przynajmniej nikt nie próbował eksperymentować z wyglądem. Jego dramatem było jednak to, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę. W latach 30-ch Amerykanom taki wygląd się po prostu nie podobał.

I chociaż konstrukcja przypominała auta produkowane potem w latach 50-ch, była aerodynamiczna, mocna, lekka i doskonale wyważona, nikt nie chciał Airflowa kupować. Może także z powodu pewnych drobnych niedociągnięć – nigdy nie jest dobrze kiedy silnik wypada ci z samochodu w czasie jazdy…

1958 – Zundapp Janus. Niemieckie motocykle Zundapp z Norymbergi były rewelacyjne. Dopóki ktoś nie wpadł na pomysł, aby na ich bazie zbudować samochód i – na domiar złego – powierzyć to zadanie konstruktorowi samolotów Claudiusowi Dornierowi.

Najbardziej zdumiewającą cechą tego pojazdu było to, że jego przednia i tylna ściana stanowiły drzwi i wyglądały tak samo, a kierowca i trzech pasażerów siedzieli na dwóch kanapach tyłem do siebie. Całe szczęście, że tyłem do kierunku jazdy postanowiono jednak umieścić pasażerów. Nazwę nadano na cześć Janusa – boga o dwóch twarzach.

Rozwijał on oszałamiającą prędkość maksymalną 80 km/h, trzęsąc się przy tym przeraźliwie i zataczając na boki, a przy zwykłej prędkości – pozwalając pasażerom spokojnie obserwować z ich metalowej kapsułki szybko zbliżające się z tyłu i wyprzedzające ją inne samochody, a czasem także rowery. Wyprodukowano 6900 egzemplarzy tego cuda i po roku produkcji zaprzestano.

1956 – Renault Dauphine. Początkowo ten produkt francuskiej myśli technicznej miał się nazywać Corvette, ale na szczęście ktoś postanowił zarezerwować tę nazwę dla czegoś lepszego. Gdyby przyznawano nagrody za najbardziej koszmarną jakość, ten pojazd nie miałby sobie równych.

Mistrz niestabilności, triumfator w kategorii cienkiej skorodowanej blachy i ekspert w dziedzinie niedokładnej i niewygodnej konstrukcji. Cechowała go też niezwykła determinacja w unikaniu dużych prędkości – rozpędzał się do 95 km/h przez 32 sekundy.

Z jakichś powodów kupiło go 2 mln Francuzów, co po raz kolejny dowodzi, że wielu ludzi jest gotowych kupić jakikolwiek samochód, żeby tylko móc potem powiedzieć, że ma samochód. Fakt, że był równie tani jak dziadowski.

1957 – King Midget Model III. W latach 50-ch firma Midget Motors Corporation z Ohio postanowiła wypuścić na rynek “samochód na każdą kieszeń”. Model I, który wyglądał jakby został zaprojektowany przez kogoś żywiącego głęboką pogardę dla designu, był rzeczywiście tani – kosztował 270 USD i miał jednocylindrowy silnik o mocy 6 KM.

Jest zagadką jakim cudem producenci tego unikata przetrwali w biznesie do późnych lat 60-ch, oferując kolejne modele Kinga Midgeta – II i III, z których ten ostatni był pofałdowanym stalowym pudełkiem z silnikiem o mocy 9 KM i ceną 900 USD. Na szczęście, zaostrzenie norm bezpieczeństwa drogowego w USA ukróciło dalszą twórczość jego producentów.

1957 – Waterman Aerobile. Idee skrzyżowania samochodu z samolotem nękała ludzkie umysły od dawna. Waldo Waterman spędził na tym lata życia by w końcu w 1934 r. wznieść się po raz pierwszy prototypem Arrowplane z trzema kołami. Na ziemi skrzydła składały się do tyłu jak u owada, co było przerażające, gdy pomyślało się, że mogą się też złożyć w czasie awarii w powietrzu.

I chociaż Waterman nie odpuszczał i aż do 1957 r. udoskonalał swój projekt, aż do finalnej postaci – Aerobile, to jednak poza jego 5-ma egzemplarzami nie powstało ich więcej. Nikt nie chciał tego kupować. Prawdopodobnie dlatego, żeby nie zginąć. I tym niemniej – był to pierwszy latający samochód, a przecież dziś auto-taksówka Lilium Jet robi furorę (WIDEO).

1958 – Ford Edsel. W jego przypadku naprawdę można mówić o pechu. Dział marketingu Forda zapowiadał “fantastyczny samochód przyszłości”, ale ostatecznie “umoczył” na tym 250 mln USD, czyli na dzisiejsze – 2 mld USD.

I nawet nie dlatego, że Ford Edsel był za drogi, miał kiepską jakość i palił jak smok – na rynku sprzedawały się gorsze pojazdy. Problemem okazał się ten grill z przodu, który zdaniem wielu przypominał pewną część kobiecej anatomii. W latach 50-ch Amerykanie mieli naprawdę jakąś obsesję na tym punkcie.

1958 – MGA Twin Cam. Początkowo silniki oferowane w modelach MGA były całkiem niezłe, dopóki ktoś nie uznał, że są za słabe i trzeba je wzmocnić. “Ulepszony” silnik ciekł, palił tłoki, zalewał świece i powodował nieznośny ból głowy u osób w środku.

Niemałych wrażeń dostarczało też pieniące się paliwo, a dodatkowym wyzwaniem było to, że jak się tego silnika często nie regulowało lub wlało się niedokładnie takie paliwo jak trzeba, to potrafił rozerwać się na kawałki w czasie jazdy i spłonąć.

1961 – Amphicar. W założeniu miał być jednocześnie samochodem i amfibią. Problem w tym, że nie był dobry ani w jednym, ani w drugim. Na drodze był brzydką pokraką o słabym silniku, a na wodzie rozwijał najwyżej 11 km/h.

Najgorsze było jednak to, że ktoś zapomniał zrobić go wodoszczelnym, co w przypadku pojazdu wodnego zdaje się mieć pewne znaczenie. Woda wlatywała do środka przez rożne szczeliny i Amphicar mógł utrzymywać się na powierzchni tylko dzięki pompie zęzowej. Kiedy pompa się psuła, Ampicar zamieniał się z samochodu pływającego w samochód tonący.

1966 – Peel Trident. Wyglądał jak makieta z niskobudżetowego filmu science-fiction, którego reżyser naoglądał się w dzieciństwie filmów o Marsjanach. Zbudowany przez Peel Engineering Company na wyspie Man, był 3-kołowym mikrocarem z dachem z pleksiglasu, który powodował powolne smażenie się kierowcy.

Silnik pozwalał rozpędzić się co najwyżej do 45 km/h. Co prawda, reklamowano go jako najmniejszy samochód na świecie, ale z punktu widzenia użytkowników bardziej istotne było chyba to, że był najciaśniejszym samochodem na świecie. Za to palił rzeczywiście mało – 2,8 l na setkę.

1968 – Subaru 360. Mały, uroczy samochodzik, o okrągłych kształtach przypominających Volkswagena. Ale każdy, kto się dał skusić, szybko odkrywał jego prawdziwe złowrogie oblicze. Silnik dwusuwowy o mocy 25 KM pozwalał jechać najwyżej 80 km/h, rozpędzając auto do tej prędkości przez 40 sekund.

Próba wyprzedzenia tym czegokolwiek była prawdziwym wyzwaniem, gdyż aby przejść od prędkości 48 km/h do 80 km/h Subaru 360 potrzebował aż 30 sekund. Nie to było jednak najgorsze, tylko drzwi. Nie miały żadnych zatrzasków i nie można ich było zamknąć od środka. Jeśli miałeś je niedomknięte w czasie jazdy, wiatr gwałtownie je otwierał, a potrafił nawet wyrwać.

1970 – Bond Bug Three-Wheeler. Groźny skutek działalności konstruktorów zaintrygowanych ideą produkcji samochodów z włókna szklanego. Ponieważ nie musieli przejmować się kosztownym procesem gięcia blachy, mogli nadać autu taki kształt jaki tylko mogli wymyślić. I wymyślili właśnie taki.

Natomiast z nieznanych przyczyn – mając do wyboru całą gamę kolorów świata – uparli się, żeby produkować wyłącznie Bondy w kolorze jaskrawopomarańczowym. Pojazd miał tylko 3 koła, gdyż w tym czasie brytyjskie prawo podatkowe pozwalało znacznie taniej zapłacić za licencję na trójkołowca. Na skutek tego Bond się przewracał. Był więc równie brzydki, co niebezpieczny.

Reporters.pl [Moto-1]

Czytane w tym tygodniu

Sorry. No data so far.

To dziś jest na TOP-ie!

To najczęściej czytacie!

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow