Białoruś wywołała “wojnę” na granicy z Polską! Mieszkańcy przerażeni (FOTO)

By Dział: Armia i Wojna Społeczeństwo W popularnych | 14 czerwca 2016

“Wojna, wojna!” – szeptali przerażeni mieszkańcy białoruskiej Brzostowicy Wielkiej, kiedy po wyjściu rano ze swoich domów zobaczyli na drogach betonowe blokady, worki z piaskiem i posterunki wojskowe, a uzbrojone patrole na ulicach zażądały od nich dokumentów.

Nikt nie uprzedził ludzi, że reżim Aleksandra Łukaszenki będzie tu ćwiczyć walkę z polskimi dywersantami. Trzydniowe manewry pod dowództwem wiceszefa Sztabu Generalnego generała-majora Siergieja Dudko mają służyć “nauce likwidacji oddziałów dywersyjnych i partyzanckich wroga”.

Jaki wróg może być na leżącej na granicy z Polską Brzostowicy – wiadomo, wiadomo też kto może być partyzantem w regionie zamieszkałym przez mniejszość polską.

“Rano jechałam przez ten posterunek. Zatrzymali, kazali wysiąść. Chciałam zjechać na pobocze, żeby nie tamować ruchu, a milicjant jak się na mnie nie wydrze: “Nie trzeba myśleć! Stań tam, gdzie ci każą!”. Za mną jechał mój znajomy, to mu tuż przed samochodem rzucili kolczatkę na drogę i przebili koła” – opowiada zdenerwowana mieszkanka Brzostowicy.


Na posterunku obłożonym workami z piaskiem i betonowymi zaporami stoją żołnierze z bronią. Milicjant w kamizelce kuloodpornej zatrzymuje także dziennikarzy. Nie legitymuje się, nie pokazuje żadnego upoważnienia. “Milicja może żądać dokumentów kiedy chce. W mieście trwają ćwiczenia. Podstawę prawną możecie sobie potem przeczytać w gazecie” – ucina dyskusję.

Potem rewiduje bagażnik i wnętrze samochodu, spisuje numery i dopiero potem pozwala przejechać. Na ulicach Brzostowicy Wielkiej prawie nikt nie chce rozmawiać z dziennikarzami. Wszyscy się boją.


milicja_Bialoruska


“Coś tam mówili o jakichś manewrach, ale nas to nie dotyczy, nic nie wiemy” – mówią dziennikarzom babcie na głównym placu. Tymczasem w miasteczku wprowadzono godzinę policyjną.

“Wieczorem lepiej siedzieć w domu. Mówią, że mogą ukarać. Nie wiem po co to robią. Widać to jest potrzebne. Ale bać się wojny nie trzeba, dopóki za nami stoi Rosja. Nie róbcie mi zdjęć bo jeszcze mnie posadzą” – mówi jakiś mężczyzna i nic lepiej niż ta wypowiedzieć nie pokazuje w jakie zastraszone i ogłupione stado zmienia ludzi rosyjska i łukaszenkowska propaganda i represje.

“W pracy powiedzieli nam, że mamy dokładnie pozamykać wszystkie okna, gdyż dywersant może nam wrzucić do domu ładunek wybuchowy. To się stanie nieoczekiwanie, dlatego zawsze powinniśmy być czujni” – przyznaje dziewczyna siedząca na ławce pod pomnikiem Lenina.

W całej Brzostowicy zakazano też sprzedaży alkoholu. “Nie można. Mamy stan wojenny” – mówią sprzedawcy. W końcu w jednym ze sklepów sprzedawczyni zgadza się sprzedać butelkę piwa, rozglądając się nerwowo.

“Do ostatniej chwili nikt nie informował o planowanych ćwiczeniach. Ja się dowiedziałam od męża bo on pracuje w wojskowości, a pozostali słyszeli tylko jakieś plotki. Mówili, że mogą podłożyć pod budynek ładunki wybuchowe” – mówi kelnerka jedynej w Brzostowicy Wielkiej restauracji.

Brzostowica_manewry2

“Armia nie ma chyba na co wydawać pieniędzy. Przed kim mamy się bronić? Kto na nas napada? Jacy partyzanci? To wszystko robią, żeby nie powtórzył się u nas scenariusz ukraiński. Przed własnym narodem się bronią. Ludzie są przecież coraz bardziej niezadowoleni” – mówi mężczyzna w średnim wieku.

“Pracowałem w piekarni, jeszcze parę lat temu płacili ponad 3 mln rubli (białoruskich – red.). W tym roku zmniejszyli do 1,8 mln, a niedawno w ogóle zwolnili. W Urzędzie Zatrudnienia nie ma żadnej roboty. W Brzostowicy mówią, że w kwietniu była narada władz i kazali nikogo nie zatrudniać” – dodaje rozmówca, ale na widok kamery chowa twarz.

Poproszony o komentarz oficer dyżurny miejscowego MSW najpierw idzie naradzić się z przełożonymi, a potem odmawia: “Nie będzie żadnych komentarzy. Manewry odbywają się zgodnie z planem. Wszystko w normie. Więcej nic nie powiem”.

Tymczasem po ulicach krążą nie tylko patrole wojskowe, ale także tzw. “drużynnicy”, coś w rodzaju polskiego ORMO w czasach PRL-u. Oni też mają prawo sprawdzać dokumenty, a jeśli ktoś ich nie ma – zaprowadzić na posterunek.

Zbliża się wieczór. Jedni spieszą przed godziną policyjną do domów, ale są i tacy, którzy wychodzą, żeby popatrzeć jak ona wygląda. Przy wyjeździe samochód dziennikarzy jest znowu dokładnie rewidowany na uzbrojonym po zęby posterunku.

To wszystko nie dzieje się w Korei Północnej, ani w ogarniętym wojną Donbasie. To Białoruś w czasie pokoju. Granica z Polską, 200 km od Warszawy. I po raz kolejny potwierdza się, że nie jest to tylko granica państwowa. To także granica między wolnością i normalnością a państwem strachu i sowieckim kretynizmem.

Brzostowica_manewry1

/Reporters.pl / za Radio Swoboda

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow