Brexit, Grexit i Polxit, czyli czego nie może Międzymorze?

By Dział: Polityka Społeczeństwo | 24 czerwca 2016

Już wszyscy ochłonęli? Niebieskie chorągiewki z gwiazdkami pozamiatane? To teraz pomyślmy jak to, co wydarzyło się w Wielkiej Brytanii, ma się do nas i naszych sąsiadów.

Od kiedy Unia Europejska uznała, że nie chce chrześcijaństwa jako swojej wspólnej tożsamości, jedyną racją bytu tej organizacji stało się zapewnienie jej członkom spokojnego konsumowania, prawa do dziwnych zachowań i uprawiania seksu na tysiąc sposobów, najlepiej nietypowych.

Bo dawne szlachetne hasła o wolności słowa i prawach obywatelskich jakoś ostatnio nie są pod rządami lewaków trendy. No i teraz jako czynnik jednoczący doszedł jeszcze strach przed Rosją, przed którą – co tu kryć – w razie czego lepiej bronić się w kupie, o czym my akurat wiemy najlepiej. Nawet jeśli niektórzy chcą bronić tylko swojego prawa do spokojnego trawienia.

Dla Brytyjczyków, ludzi mimo wszystko nadal dość konserwatywnych, o silnej tożsamości i poczuciu własnej godności, okazało się to trochę za mało. To “trochę” przełożyło się na kilka procent, które dały zwycięstwo w referendum pod hasłem “Britain First!”


Cóż, są daleko i na wyspie, zawsze mogą liczyć na USA, więc Putin ich aż tak nie przeraża. A tymczasem mało, że do tej całej Unii trzeba dopłacać 350 mln funtów co tydzień, to jeszcze Niemcy się w niej szarogęszą i swoimi głupimi poczynaniami wywołują imigracyjny chaos. I jeszcze Polacy zabierają pracę, to też fakt.

Jaką rolę w Brexicie odegrała Rosja? Jakąś na pewno, ale nie zwalajmy wszystkiego na nią, w końcu Wielka Brytania to nie Białoruś, gdzie z dnia na dzień można wyprać ludziom mózgi. Pytanie, co dalej zrobi Putin z tak miło rozpoczętym dniem? Bo, że w przypadku Rosjan apetyt zawsze rośnie w miarę jedzenia to wiadomo od stuleci.


Kogo więc następnego będą próbowali “odłupać” z Unii rosyjscy spece od technologii politycznych? To wbrew pozorom nie taka prosta sprawa, nawet jeśli ma się pod kontrolą różne skrajnie prawicowe i skrajnie lewicowe grupy w kilku krajach i dysponuje mediami masowymi, mającymi wpływ na młodzież.


Zwykle bowiem w młodym pokoleniu grupy ultraprawicowe i ultralewicowe się względnie równoważą i mają podobny potencjał mobilizacyjny. Mogą służyć jako zapalnik zmian, ale nie jako ich silnik. Kluczowe jest więc przekonanie do wyjścia z UE większości klasy średniej.

Jest to możliwe tylko w tych krajach, gdzie klasa ta dopiero się rozwija, często odwołuje się do tożsamości narodowej, poszukuje, nie boi się nowych pomysłów na bogacenie się i nie ugrzęzła jeszcze całkowicie w laickiej konsumpcji, jak we Francji, Niemczech czy krajach Beneluxu. Innymi słowy tylko tam, gdzie komuś jeszcze w ogóle się chce jakichś zmian.

Dotyczy to niemal wyłącznie nowych członków UE – tylko tu można wiele takich osób przekonać, że istnieje lepsze rozwiązanie niż Bruksela, która daje coraz mniej, a coraz bardziej ogranicza swobodny rozwój zarówno państw narodowych, jak i poszczególnych jednostek, narzucając wszystkim ujednolicony socjalistyczny schemat społeczny i obyczajowy.

Problem w tym, że oprócz Polski są to wyłącznie kraje nieduże. Aby “wyłuskać” któryś z nich z Unii służby specjalne muszą się sporo napracować, sporo trzeba w to zainwestować, a korzyść z tego – jeśli w ogóle będzie – niewielka.

Ponadto w małych krajach można, oczywiście, w miarę szybko rozkręcić masową kampanię społeczną, ale równie szybko pojawi się przeciwwaga robiona przez media, biznes i środowiska lojalne wobec Brukseli.

Gdyby kampania referendalna była krótka to można pokusić się o robienie takich rzeczy “z zaskoczenia”, bazując na chwilowym podgrzaniu nastrojów społecznych spowodowanym krachem gospodarczym – jak w Grecji, czy kryzysem imigracyjnym.

Przykład Wielkiej Brytanii pokazuje jednak, że exit z Unii – wraz z całą wstępną polityczną gadaniną – to zabawa na co najmniej 2 lata. W tym czasie nawet najbardziej nieruchawi i mało błyskotliwi unijni biurokraci i leniuchy, ba – nawet Donald Tusk – byliby pewnie w stanie jakoś się zmobilizować i rzucić dodatkowe ochłapy na zagrożony odcinek.

O wiele lepszym rozwiązaniem z punktu widzenia Moskwy jest więc, oczywiście, “odłupywanie” małych państw “pakietowo”, czyli po kilka na raz, podsuwając im jakąś w miarę romantyczną ideę nowego bloku, odwołującą się z jednej strony do dumy narodowej i poczucia niezależności, z drugiej zaś łudzącą część klasy średniej korzyściami gospodarczymi, większymi niż te, które daje UE.

Taką ideą jest oczywiście Międzymorze, czyli ścisły sojusz Polski z krajami bałtyckimi, Czechami, Słowacją, Węgrami i Rumunią plus – w różnych mutacjach – z Ukrainą, Białorusią, Mołdawią i ew. którymiś krajami byłej Jugosławii.

Problem w tym, że poza Polską ta idea dla całej reszty tych państw nie wygląda wcale tak romantycznie. Każdy zdrowo myślący człowiek zada sobie tam bowiem pytanie: po co mam zamieniać dyktat Brukseli na dyktat Warszawy? Bycie pod butem UE jest jednak w pewien sposób bardziej “prestiżowe” i – mimo wszystko – chyba bardziej stabilne niż pod butem “jakiejś tam” Polski.

W przypadku idei Międzymorza można, oczywiście, próbować odwoływać się do tradycji historycznych Wielkiego Księstwa Litewskiego i hasła “Polak – Węgier dwa bratanki”, ale to zdecydowanie za mało, żeby na tym budować bo co ma z tym wspólnego taka Rumunia czy Chorwacja?

Natomiast sprzecznych interesów, różnic kulturowych i cywilizacyjnych oraz konfliktowych zaszłości, głównie o mniejszości, dawne zbrodnie i zabrane terytoria, jest znacznie więcej. My mamy je z Litwą i Ukrainą plus nostalgię po ziemiach dzisiejszej Białorusi.

Węgry mają zaszłości z Rumunią i Słowacją, Rumunia i Węgry – z Ukrainą i pewnie jeszcze kilka pomniejszych by się znalazło, jak chociażby polsko – czeski konflikt o Zaolzie. A już widzę jak zakompleksione władze w Wilnie “palą się” do sojuszu z Polską.

Również z przyczyn mentalnościowo – cywilizacyjnych sojusz z takimi krajami jak Białoruś, Ukraina czy Mołdawia jest mało realny, pomijając już nawet różnice wyznaniowe, czy przynależność dużej części ludzi do innych kręgów kulturowych.

Na ogół jego najbardziej gorącymi zwolennikami w Polsce są ci, którzy nigdy w tych krajach nie byli, albo byli tylko raz “u cioci na imieninach” i nie zetknęli się z sowieckim sposobem myślenia i działania, którym do ostatniej tkanki przesiąknięte są tamtejsze społeczeństwa i instytucje.

Ja spędziłem tam łącznie 10 lat i i stamtąd pochodzi cała moja rodzina, więc wiem, że faktyczna zmiana w świadomości i nawykach nastąpi tam nie wcześniej niż za trzy-cztery dekady, o ile wcześniej Ukraina w ogóle nie podryfuje całkowicie w kierunku neobanderyzmu, na co ma wyraźną ochotę.

Zresztą z punktu widzenia rosyjskich służb podsycanie w Białorusinach czy Ukraińcach “międzymorskiej” chęci do bratania się z Polską to byłby – jak mówią w Moskwie – risky business. Tych pierwszych Putin zdecydowanie woli trzymać na krótkiej smyczy, tych drugich – cały czas ma nadzieję odzyskać.

Wszystko to powoduje, że idea Międzymorza – pomimo, że dla nas bardzo piękna – ma niewiele wspólnego z realną rzeczywistością. Z kolei Moskwa może ją oczywiście wykorzystywać w celu dodatkowego siania zamętu w UE, ale jako realny scenariusz ostatecznego “rozłupania” Unii nie wchodzi w grę.

Co dalej, w takim razie po Brexicie? A co ma być? Jeszcze nigdy nie było, żeby jakoś nie było. Domy i samochody nie poznikają, ludzie nie przestaną chodzić do pracy, gromadzić zyski i jeść. Unia Europejska na pewno nie będzie już taka sama, ale w końcu – szczerze mówiąc – przed czym ona nas tak naprawdę chroni?

W przypadku konfliktu z Rosją i tak możemy liczyć najwyżej na Stany Zjednoczone, bo jak wynika z sondaży – większość Niemców nie ma najmniejszej ochoty na jakiegokolwiek nadstawianie za nas karku, zaś ich rząd wręcz utrudnia nam prowadzenie manewrów wojskowych bo w ten sposób “niepotrzebnie drażnimy Rosję”. Pozostałych lepiej nawet nie pytać.

A teraz – kiedy z biorców kasy stajemy się w Unii płatnikiem netto – to i korzyści gospodarcze z bycia w niej już nie te co jeszcze parę lat temu. Po Brexicie tej wspólnej kasy będzie zresztą jeszcze mniej bo Brytyjczycy wpłacali 13 proc., a brali niecałe 8 proc., więc per saldo dochody Brukseli spadną o 5 proc.

No i z robotą może być trochę krucho jeśli nasi rodacy zaczną wracać z Wysp, a nasi sąsiedzi Ukraińcy w liczbie miliona ostatnio przecież w Polsce nie próżnują. Za to o masach muzułmańskich imigrantów w naszym kraju możemy w tej sytuacji zapomnieć, czyli nie ma tego złego…

A dopóki Niemcy mają nadal ochotę płacić do wspólnej kasy za odgrywanie w Europie roli starszego brata to z pieniędzmi nie powinno być większych problemów. Gospodarka UE ma się ostatnio coraz lepiej, więc nawet chwilowe tąpnięcie funta na światowych giełdach – wbrew ostrzeżeniom Sorosa – nie powinno wywołać jakiegoś szczególnego kataklizmu.

Zaś cała reszta gdybań o przyszłość Unii to jedna wielka spekulacja polityczna i równanie z wieloma zmiennymi: jaki będzie napływ imigrantów, czy Rosja zaatakuje Ukrainę, czy sama się rozwali, czy będą nowe zamachy, czy lewacy z Brukseli pójdą choć trochę po rozum do głowy i odpuszczą presję na nasz region, czy wręcz przeciwnie – uznają, że czas ostatecznie wziąć towarzystwo za pysk, czy Trump wygra z Clinton, czy… itd.

A może Brytyjczykom się po roku-dwóch odwidzi, szczególnie kiedy zacznie im się wyłamywać Szkocja, albo dostaną nową świetną ofertę z Brukseli? W polityce wszystko jest możliwe. Jedno jest pewne – jeśli ktoś kolejny odjedzie ich śladem ze stacji Unia Europejska to na pewno nie expresem “Międzymorze”.

Marabut / Reporters.pl

Czytane w tym tygodniu

Sorry. No data so far.

To dziś jest na TOP-ie!

To najczęściej czytacie!

Obserwuj tę stronę
FollowFollowFollow